30.12.2012

Chapter 1: „ Hello, have you decided what to order?”









And maybe you let me just get lost in your eyes, so I won’t be afraid of reality…








Aaine wstała z trudem, skopując pościel w kotki na ziemię. Leżąc na wznak westchnęła i zaczęła myśleć o tym, jak bardzo nie chce jej się iść do pracy. Nie, że jej nie lubiła – wręcz przeciwnie. Jednak samo życie wydawało się jej za trudne. Za wymagające. Dla niej. Od kiedy skończyła szkołę średnią myślała, że oto zaczyna się dla niej lepsze życie – pełne imprez i wypadów  ze znajomymi. Jak bardzo się myliła… po tym, jak na uniwersytecie przylgnęła do niej łatka „psycholki” (gdyż ktoś życzliwy rozpowiedział, że Aaine brała leki psychotropowe) i musiała starać się, by przeżyć każdy dzień, życie stało się dla niej trudne. Nawet oddychanie.

Samo istnienie stawiało ją w dosyć niekomfortowej sytuacji – już nie raz chciała skończyć ze sobą, gdyby nie fakt, że miała dla kogo żyć. Jej rodzina i najlepsza przyjaciółka, skutecznie odciągali ją od pomysłu zabicia się. Tylko na jak długo?

Aaine zawsze uważała, że ma szczęście, jeśli chodzi o najbliższych w jej życiu. Najstarsza z trójki rodzeństwa szybko wyprowadziła się z domu i zamieszkała z przyjaciółką. Nora Simons, rezolutna dwudziestolatka z burzą rudych loków i kocim spojrzeniem, potrafiła owinąć sobie każdego wokół palca. Jej zielonych oczu zazdrościła jej nawet Aaine, której niebiesko-szare nie były nawet w połowie tak samo piękne.

Dziewczyna usiadła na brzegu łóżka, kołysząc się, jakby chciała z niego skoczyć, by po chwili wstać do pozycji pionowej, lekko chwiejąc się na boki. Od zawsze cierpiała na brak koordynacji, jeśli można było to nazwać „zaburzeniem”. Chwyciła się szafki, by nie upaść i stanęła przed szafą, szybko wybierając jakieś ciuchy. Zwinnym ruchem naciągnęła na chude nogi czarne rurki, a do tego wybrała kremową (praktycznie wpadającą w róż) prześwitującą koszulę z kołnierzykiem, którą zawsze zapinała pod samą szyję. W uszy włożyła perełki, a na szyi zawiesiła swoją ulubioną srebrną zawieszkę w kształcie klatki dla ptaka.

Podreptała na bosaka po dębowych, zniszczonych panelach i weszła do kuchni, w której, ze zdziwieniem, zobaczyła Norę. Jej współlokatorka nigdy nie wstawała tak wcześnie, nawet jeśli miała zajęcia. Twierdziła, że długi sen ma zbawienny wpływ na jej, już i tak wystarczająco idealną, cerę. Nora przywitała się z Aaine soczystym buziakiem w policzek, po czym wróciła do smażenia bekonu. Kto, jak kto, ale Nora miała ogromny apetyt i mimo, że jadła za dwóch nadal przypominała patyk. Ech, te niesprawiedliwe geny…

- Witaj, kochanie. Bekonu? – uniosła zachęcająco patelnię.

Aaine przytaknęła głową, wstawiając czajnik z wodą, na kawę. Zdążyła pochłonąć już dwa małe ciasteczka owsiane, zanim Nora skończyła robić bekon. W tym czasie Aaine pokroiła chleb i rozłożyć talerze na małym stoliku, który znajdował się w rogu kuchni.

Gdy wyglądało się z jedynego okna w tym małym pomieszczeniu, z daleka można było dostrzec gdzieś tam, w oddali, sylwetkę starego i zasłużonego Big Bena. Aaine uwielbiała ten widok i mimo, że urodziła się w Londynie, czuła do niego pewnego rodzaju przywiązanie. Lubiła londyński gwar i zimny deszcz, który praktycznie bez przerwy padał. Może wydawał się denerwujący… ale to była właśnie Anglia.

- Dlaczego jesteś dziś tak wcześnie na nogach? – zapytała Aaine, starając się zamaskować śmiech, gdy spojrzała na Norę. – Jakaś joggingowa randka, czy co?

Nora prawie upuściła patelnię, gdy nakładała bekon na ich talerze, na co Aaine zareagowała pustym śmiechem. Nie dlatego, że chciała wyśmiać Norę, ale dlatego, że nie potrafiła się śmiać inaczej.

- Serio, powinnaś być wróżką – stwierdziła Nora, odkładając patelnię.

- Jasne, zrobię sobie tapeciarski makijaż, ubiorę brzęczące łańcuszki i będę przepowiadać przyszłość, posługując się pomalowanym od środka na biało słoikiem po ogórkach konserwowych – zażartowała Aaine, krojąc pierwszy plaster bekonu. – To chyba nie moja bajka.

- Mogę pożyczyć ci puder brązujący w kolorze zwęglonego mięsa, jak już idziemy na całość – Nora parsknęła śmiechem, zanim napiła się swojej herbaty.

Aaine spojrzała na nią spode łba, dając Norze do zrozumienia, że to, co powiedziała, nie było wcale śmieszne. Nora usiadła do stołu, szurając krzesłem, które wydało nieprzyjemny dźwięk.

- Och, daj spokój, Aaine, to miał być żart!

- Nieudany.

Nora westchnęła, wpychając plaster bekonu do ust. Zamknęła oczy i wydała coś na kształt: mmm…

Aaine przewróciła oczami i wróciła do jedzenia śniadania, starając się ignorować Norę, która udawała, że bekon nadal żyje i błaga, by go nie zjadała. Aaine przez te wszystkie lata ich przyjaźni starała się tolerować dziwne rzeczy, które zawsze robiła Nora, bo mimo tych chwil dziwactw, była naprawdę poukładana i lojalna. Tak, Aaine bardzo cieszyła się, że Nora nie zostawi jej dla innej „przyjaciółki”. Inaczej nie miałaby już nikogo.

- A jak podobało ci się na podpisywaniu płyt? Mam nadzieję, że dla mnie też zdobyłaś autografy!

Aaine i Nora jak przyjaciółki na zawsze musiały, oczywiście, mieć fioła na punkcie tego samego wokalisty/wokalistki/zespołu (niepotrzebne skreślić) i tak właśnie było w tym przypadku. One Direction wypełniało prawie połowę ich wolnego czasu, którego spędzały głównie na Tumblrze, Twitterze i innych takich, dzieląc się z innymi (głównie nieznanymi im ludźmi) swoją „obsesją” na punkcie piątki, bardzo przystojnych, uroczych, wysportowanych, miłych, uczynnych i seksownych chłopców. Czy już było wspomniane, że są niesamowicie atrakcyjni…?

Twarz Aaine stężała. Jej przyjaciółka nie wiedziała o tym, co stało się na podpisywaniu płyt…

- Jasne – uśmiechnęła się blado – dla ciebie też mam autografy. Chłopcy są strasznie mili.

Podczas gdy Nora piszczała jak opętana, Aaine skubała swój bekon, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć swojej przyjaciółce o tym, co powiedziała jednemu z członków One Direction, Harry’emu. Jak w ogóle mogła pomyśleć, że będzie go to obchodzić? Pewnie nawet już jej nie pamięta… Aaine westchnęła cicho.

- Muszę iść do pracy – powiedziała, zostawiając niedojedzone śniadanie na stole i odeszła od stolika, zanim Nora zdążyła cokolwiek powiedzieć.

***

Aaine uwielbiała kawę. Jej zapach, różnorodność smaku, zależnie od miejsca, w którym była one uprawiana. Jednak najbardziej cieszyła się, gdy wzorki z mleka wychodziły jej perfekcyjnie. Uwielbiała zaskakiwać swoich klientów serduszkiem na kawie lub małym statkiem. Albo kwiatkami z sosu czekoladowego. Lubiła obdarowywać innych uśmiechem, chociaż sama niezbyt często się uśmiechała. Szczęśliwy ten, kto kiedykolwiek słyszał jej śmiech!

Kawa była jej pasją. Może dlatego została baristką w pobliskim Starbucks. Miała do niego może z dziesięć minut metrem. To było bardzo duże udogodnienie, szczególnie, jeśli zaspała do pracy – przynajmniej miała pewność, że nie spóźni się za bardzo. Poza tym, Aaine nie lubiła się spóźniać.

Aaine pracowała na zmianie zazwyczaj z tymi samymi osobami – Charlotte (niziutką dwudziesto-paro latką, która cały czas gadała) i Davidem (miłym studentem dziennikarstwa, który uwielbiał nosić sztruksowe marynarki). Lubiła ich, miło spędzali czas, gdy akurat nie było zbyt dużego ruchu. Jednak nie była z nimi tak blisko, jak z Norą. Pracowała w Starbucks on ponad roku, ale nadal nie potrafiła zaufać ani Davidowi ani Charlotte, chociaż byli dla niej bardzo mili. Nie naciskali. Za to Aaine była im bardzo wdzięczna; nieczęsto spotykała ludzi, którzy akceptowaliby jej „dziwactwa”.

Akurat tego dnia kolejka nie ciągnęła się kilometrami (prawdę mówiąc w ciągu godziny obsłużyli we trójkę tylko pięć osób), więc Aaine mogła pogrążyć się w rozmyślaniach, opierając się na łokciu. Gdyby ktoś zapytał ją, jaka czynność zaraz po spaniu, zajmuje jej najwięcej czasu, odpowiedziałaby, że myślenie. O wszystkim i o niczym. Aaine była z natury bardzo cichą i nieśmiałą osobą, dorastającą w cieniu swojej starszej, „idealnej” siostry, Amandy – tak to nie przypadek, że ich imiona zaczynały się na literę „A”; z niewiadomych powodów rodzice Aaine i Amandy bardzo ją sobie upodobali… - , która za wszelką cenę starała trzymać się na uboczu. Aaine i Amanda niezbyt za sobą przepadały, ale nie okazywały tego przy rodzicach. Nie chciały wyjść na niewdzięczne. Z drugiej strony, wiedziały, że jakby co, mogą na siebie liczyć.

To była taka ich niepisana umowa.

Aaine przestała myśleć o relacjach w swojej rodzinie, gdy poczuła, jak ktoś delikatnie szturcha ją w ramię. Wyprostowała się jak struna, spoglądając na nowego klienta… i zapomniała, co powinna powiedzieć.

Przed nią stał Harry Styles we własnej osobie, wpatrując się w nią, ze zmarszczonymi brwiami, ale co to było za spojrzenie! Aaine dokładnie pamiętała tą przeszywającą zieleń, roztapiającą serca i sprawiającą, że miliony dziewczyn zaczynało mdleć, gdy tylko ją ujrzały. Dopiero wtedy Aaine dostrzegła, będąc tak blisko niego, że ma baaardzo długie rzęsy. Normalnie pewnie też nie zignorowałaby tego faktu u żadnego innego faceta, ale na litość boską, to był Harry Styles! TEN Harry Styles! (Czy w ogóle był jeszcze jakiś inny Harry Styles w show-biznesie? Chyba nie…)

I to właśnie TEN Harry Styles przygryzł wargę, w TEN zniewalający sposób, gdy mierzyli się spojrzeniami, chociaż Aaine stwierdziła, że z jej strony jest to raczej staranie się, by nie upaść od ogromu emocji. Z jednej strony był to wstyd, z drugiej ekscytacja. Aaine sama nie potrafiła zdecydować, co bardziej w niej dominowało w chwili obecnej.

- Dziewczyna od blizn, prawda? – zapytał, wskazując na nią swoim długim palcem, nadal nie będąc pewien, czy właściwie trafił.

Aaine opadłaby szczęka, gdyby nie resztka samokontroli, która jej pozostała. A potem wydukała tylko, ledwo mogąc ustać na nogach:

 - Witam, czy zdecydował pan, co zamówić?*


-----------------------------------------------

I ja także was witam, kochane kociaczki! Jak tam Święta? Jakieś plany na Nowy Rok i Sylwestra? Jestem ciekawa, czy nie tylko ja będę się dobrze bawić. Jakby co, wpadajcie do mnie do domu, zrobimy taką balangę, że mój sąsiad się wyprowadzi :D Żarcik.
 
W każdym razie mam nadzieję, że rozdział się podobał. Mam nadzieję, że ilość komentarzy będzie wzrastać z kolejnymi rozdziałami :) A właśnie, może macie jakieś pytania do Aaine, Nory, Harry'ego czy Bóg wie jeszcze kogo z bohaterów tego opowiadania? Prywatne, zawodowe, intymne, obojętnie jakie? Jeśli tak, to zapraszam TUTAJ, gdzie możecie męczyć wszystkich swoimi szczegółowymi pytaniami! (mam nadzieję, że jakieś macie, bo jestem strasznie podekscytowana możliwością odpowiadania za moich bohaterów....) więc klikamy i pytamy, bez dyskusji! (ładnie prooooooszę :3 )

Prawdopodobnie następny rozdział na JAKIMKOLWIEK  z moich blogów, będzie opublikowany na blogu o Niallu. SO, STAY TUNED, PUSSIES! xx

To chyba moja ostatnie notka w tym roku.

* Witam, czy zdecydował pan, co zamówić? - jakbyście nie zauważyły, to właśnie jest tytuł tego rozdziału! (tak na marginesie XD)

Do napisania, kochani! xxxxxxxxxxxxx

PS. SHOUTOUT DLA MOJEJ PSYCHOFANKI IVY. CHEERS! XX

11.12.2012

Prologue: "These scars won’t make me forget what I’ve been through”



 



Thank you for saving my life and for making these scars on my wrist almost disappear…”
                
Harry Styles podniósł głowę, gdy usłyszał, że jakiś cichy, lekko drżący głos woła go. Zamrugał oczami, widząc przed sobą ciemną blondynkę z pustymi oczami, uśmiechającą się na swój „wyniszczony” sposób. Większość stwierdziłaby, że to wygięcie ust, to nie uśmiech, ale Harry widział, że nawet taki mały gest radości jest dla niej czymś trudnym.

Odgarnęła włosy za ucho, świdrując go spojrzeniem niebieskich oczu, trochę jaśniejszych, niż u Niall’a i przejechała palcami lewej dłoni po skórze policzka, ukropionego słodkimi, małymi piegami, rozsianymi aż do kącików ust. Mimo wielkiego swetra, jakiego miała na sobie, Harry widział, że jest drobna i krucha, jakby zaraz miała się rozpaść na tysiące kawałków tuż przed nim. Pociągnęła nosem, otwierając wargi, pociągnięte bezbarwnym błyszczykiem i posłała mu spojrzenie zza gęstych, malowanych tuszem rzęs. Gdy uniosła rękę, by podrapać się w tył głowy z zakłopotaniem, rękaw swetra podwinął się, ukazując Harry’emu dwa ptaki na jej nadgarstku.

Odbijały się one kolorem od bladej skóry, nachodząc lekko na ledwo widoczne podłużne blizny. Harry wpatrywał się w nie, starając się pojąć, dlaczego ona sobie to robi. Stała dosyć długo przy nim i bał się, że nie zdąży nic do niego powiedzieć. A chciał, by się odezwała.

- Ja… - zaczęła, łamiącym się głosem, by po chwili odchrząknąć.

Harry uśmiechnął się do niej, by zachęcić ją do dalszego mówienia.

- Chciałam… - rozpoczęła ponownie, niespokojnie bawiąc się palcami u rąk – Chciałam ci podziękować.

- Za co? – Harry zaśmiał się, podpisując kolejną płytę.

- Za to, że uratowałeś mi życie. I że przez ciebie blizny na moim nadgarstku prawie zniknęły – wyszeptała cicho, wbijając wzrok w ziemię.

Chłopak zaniemówił, na chwilę zamierając. Nie spodziewał się czegoś takiego, nie podczas podpisywania płyt. Przyłapał się na tym, że przestał oddychać. Pospiesznie wziął kilka głębszych oddechów.

I zanim zdążył odpowiedzieć, ochroniarz popchnął dziewczynę, zanim Harry zdążył zareagować.

Czy był jakiś sposób, by jej pomóc?

Jeśli tak, to czy takie ktoś, jak on, Harry Styles był w stanie dać jej tą pomoc?

***

Z westchnięciem osunął się na kanapę, nawet nie zdejmując butów, ku oburzonemu sapnięciu Liama, który robił za ich niańkę, dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Harry ułożył za siebie ręce, by robiły za poduszkę i zignorował karcące spojrzenie Payne’a, który stanął nad nim, ułożywszy swoje dłonie pod boki.

- Czego? – warknął, drocząc się z nim, a na jego wargach zamajaczył uśmieszek.

Liam westchnął.

- Weź chociaż zdejmij buty.

- Tak jest tatusiu.

Liam posłał mu kolejne spojrzenie dokładnie w tym samym momencie, kiedy do mieszkania weszli Louis z Niallem, taszcząc wielkie siaty zakupów. Postanowili zrobić w końcu jakiś wspólny wieczór, bo od czasu trasu „Up All Night” nie mieli ani chwili, by usiąść i pogadać. Tylko czasami, ale zazwyczaj byli tak zmęczeni, że nie kwapiło mi się do rozmów. Byli po prostu zmęczeni. Zmęczeni ciągłym zainteresowaniem mediów, domniemanych romansów i tragicznych wypadków.

Ich życie wywróciło się do góry nogami, od czasu kiedy postanowili wystartować w castingu do bardzo popularnego show, XFactor, który połączył ich w grupę i rozsławił na skalę światową. Codziennie dostawali setki, jak nie tysiące listów i tweetów, które chwaliły ich na wszystkie możliwe sposoby i wyznawały niegasnącą, płomienną miłość.

Tylko, że Harry potrzebował czegoś… więcej. Więcej, niż udających zakochanie fanek, zdzierających z niego każde ciuchy. Czegoś stałego, ciepłego, niczym koc w zimie. Wiedział, że trudno będzie mu znaleźć kogokolwiek, ale nie tracił nadziei. W końcu każdy musi mieć swoje szczęśliwe zakończenie.

Nawet taka gwiazda jak Harry Styles, członek najpopularniejszego boybandu na świecie, One Direction.




-------------------------------------

Więc... zdecydowałam się dodać prolog. Mam nadzieję, że nowe opowiadanie z Aaine i Harry'm się wam spodoba :) Nie będzie już takie beztroskie jak Carry, ale... i tak mam nadzieję, że je pokochacie. 

Chętnie też postacie odpowiedzą na wasze pytania TU


A i nie zapomnijcie obejrzeć trailera! :) xx

20.11.2012

WYDAJĘ KSIAŻKĘ! + TRAILER DO NOWEGO FANFICKA

DACIE WIARĘ, JA EMMA WYDAJE KSIĄŻĘ A;LDHSFHSKLJDHASDGADHADASD;;ADJA BOŻE ZARAZ SIĘ PORYCZĘ! AAAAAAAAAAAAAAAAAAA!

CHCIAŁYBYŚCIE JĄ KUPIĆ?  
NIE BYŁOBY TO OPOWIADANIE  Z 1D, ALE TAKI SMUTAS O DZIEWCZYNIE,KTÓRA STRACIŁA CHŁOPAKA, WIDZIAŁA JAK ON UMIERA... WIĘC SMUTAS XD


Byłybyście zainteresowane? hkshjahskJD;J nadal w to nie wierzę, naprawdę!

 
Klikajcie chociaż "Genialne" bym wiedziała ile mam potencjalnych nabywców książki ;)

Więcej szczegółów już wkrótce!


EDIT: Oto trailer do mojego nowego opowiadania, które się tu pojawi już wkrótce!
  LOVE YA XXXXXX

26.10.2012

Kociaczki...WAŻNE: CHARACTER ASK


EDIT:
 KTO CHCE ZAPYTAĆ O COŚ BOHATERÓW MOICH BLOGÓW? ZAPRASZAM  TU
Proszę o zaznaczanie opowiadania, z którego są postacie (skróty OOD - ten blog; PTSOG - o Niallu; B - blog o Larry'm)

Jacyś chętni? 





Będziecie na mnie złe. Cholernie złe, ale niestety, stało się.

Tak, wena opuściła mnie bezpowrotnie.

 Ale nie martwcie się, będę pisać. Chodzi tylko i wyłącznie o to opowiadanie. Napisałam prolog do drugiej części... i przestałam. Ślęczałam nad klawiaturą po godzinę i nic nie mogłam wymyślić. Nie chcę robić z tego opowiadania opery mydlanej z byle jak napisanymi rozdziałami. Za bardzo zależy mi na moim pierwszym dziecku.

Tak, historia o Chloe i Harrym jest moim "pierwszym dzieckiem". To dzięki niej poznałam tyle wspaniałych osób. Ale niestety, historia musi dobiec końca. Wiem, że czekacie z  niecierpliwością na scenę seksu pomiędzy Carry.

Więc wam to dam. Jutro, może pojutrze opublikuje bonus. A potem nie będzie już więcej Carry.

Ten rozdział jest dla mnie zamknięty. Przepraszam.

Żegnam się z czymś, co zajęło mi prawie rok. To trudne, ale nie mam zamiaru pisać na siłę. Utworzyłam teraz blog z Larry'm... który idzie mi szybko. Nie jest mi przeznaczone ciągnięcie czegoś, co zaczęłam dawno temu. Bo mam coraz mniej zapału. Ale Carry kocham na tyle, by dać wam jeszcze ten bonus. To ma być coś w rodzaju podziękowania dla was. Ode mnie.


Dziękuję.

Bez was nie była bym tym, kim jestem dzisiaj.


Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję. Dziękuję.

07.10.2012

Epilog: "You could be happy, I hope you are You made me happier than I'd been by far "





Teoretycznie każdy powinien mieć szansę na swoje szczęśliwe zakończenie. Na takie, które zadowala wszystkich do końca, w każdym calu. Chcecie wiedzieć, czy nam się udało?

Cóż… nie miałam pojęcia, czy to jest definitywny koniec. Wszystko wskazywało na to, że to dopiero… początek. Ale czego… tego nie wiedziałam lecz czułam, że niebawem się dowiem. Trochę przerażał  mnie ten fakt, ale miałam powód, dla którego musiałam się dowiedzieć. Nie licząc się z konsekwencjami.

Operacja na szczęście powiodła się. Leżałam w szpitalu tak długo, że przegapiłam urodziny Hazzy. Właściwie specjalnie nie wyprawiał jeszcze żadnej oficjalnej imprezy, ze względu na mój stan. Zamiast tego zdmuchnął świeczki w moim szpitalnym pokoju, w otoczeniu wszystkich ważnych osób. Nawet moi rodzice się pofatygowali i złożyli mu życzenia. To dziwne, że nie pozabijali się, siedząc jednocześnie w tym samym pomieszczeniu – jednak dla mnie był to dobry znak.

Nie miałam jak kupić Hazzie prezentu, ale na dzień przed, przypomniało mi się, że coś siedzi w moim portfelu i jest idealną… niespodzianką. Powiedziałam mu, by otworzył to dopiero w domu. Wolałam nie widzieć min zebranych, gdyby otworzył małe pudełeczko przy wszystkich. To byłby takie żenujące i zawstydzające.

Wiecie, co w nim było? Ha. Nie?

Prezerwatywa.

Tak, możecie się śmiać. Śmiało, pozwalam wam. Dla mnie to nie była tylko prezerwatywa. To była obietnica i symbol tego, że jestem cała jego. Chyba doskonale zrozumiał, o co mi chodzi, bo od razu zadzwonił, a głos mu się łamał.

- Chloe… - wychrypiał, a w tle rozbrzmiewały rozmowy chłopaków – Nawet dobrze nie wyzdrowiałaś, a…

- Nie mówię, że od razu – rzekłam, zniecierpliwiona – Ale ogólnie, kiedyś… wiesz jak bardzo cię kocham, prawda?

Harry przytaknął.

- Miałam wystraczająco dużo czasu, by o tym pomyśleć – ważyłam słowa, wiercąc się na szpitalnym łóżku, poprawiając laptopa na kolanach, którego przywiozła mi moja mama ( wszystkie rzeczy z mojego pokoju ponownie znalazły się w Anglii) – i naprawdę tego chcę. A poza tym, nie masz nic do gadania w tej sprawie.

Harry westchnął.

- Jesteś uparta, wiesz? – mruknął, zapewne masując sobie skroń.

- Ale i tak mnie kochasz – odpowiedziałam, wchodząc na twittera, by odpisać fankom One Direction.

- Jakże bym mógł cię nie kochać, Chloe? – zaśmiał się, a przy jego uchu Louis wydał z siebie bliżej niezidentyfikowany dźwięk.

-Powiedz Chloe, że też ją kocham! – usłyszałam Lou, próbującego wyrwać Hazzie telefon.

- Słyszałam. Przekaż, że też ich wszystkich kocham – uśmiechnęłam się; co ja bym zrobiła bez moich wariatów?

Harry zaczął kłócić się z Lou dosyć poważnie, a ja cierpliwie czekałam, aż skończą. Nareszcie, usłyszałam, jak Harry, dysząc mówi:

- Zaraz wejdę na Skype’a.

Powiedziałam, że czekam na niego i rozłączyłam się.

Całe moje życie obróciło się o sto osiemdziesiąt stopni, od kiedy pozwoliłam Cynthii zaciągnąć się na koncert One Direction w centrum handlowym. W głębi ducha cieszyłam się, że tam wtedy poszłyśmy. Nie poznałabym Harry’ego ani moich czterech przyszywanych braci, ani Naomi. Nareszcie miałam dla kogo żyć. I mimo, że tworzyliśmy trochę dziwną, pokręconą „rodzinkę”, nikt nie mógł mi tego odebrać. Za bardzo mi na nich zależało, bym odpuściła sobie.

I można mówić, że przecież nie pasuję do tego całego „gwiazdorskiego” grona. Bo to rzeczywiście prawda. Ale nie można również zapominać, że chłopacy także są normalnymi ludźmi. Mają uczucia, dziwactwa i lęki.

I prawdopodobnie dlatego tak bardzo ich kocham.

Spojrzałam przez okno na ciemne niebo, odrywając się od opisywania fankom, które życzyły mi szybkiego powrotu do zdrowia. Po moim wypadku Harry otwarcie przyznał, że się ze mną spotyka. To było miłe, ale także… straszne. Bardzo dużo fanek zaczęło mnie atakować, ale nie przejmowałam się ich hejtami. Skoro miałam kogoś takiego przy swoim boku, jak Harry, nie straszna była mi żadna nienawiść.

Bo miłość potrafi przezwyciężyć wszystko.



---------------------------------------------


Okej, to takie krótkie podsumowanie części pierwszej.... boże, nie mogę uwierzyć, że to już koniec te części. Mimo, że przed nami część druga, czuję się.... jakbym, no nie wiem, zamknęła jakiś rozdział w moim życiu. Bardzo szczęśliwy, tak nawiasem mówiąc. Pamiętam, jak jeszcze dobrze nie znając chłopców, postanowiłam po raz pierwszy pisać dla was, Directioners... bo jakoś wcześniej zbierałam się na odwagę, by pisać publicznie, ale brakowało mi odwagi. A teraz.... nie mogę uwierzyć, że mam prawie 121 tys wejść na tego bloga (który gdzieś pod koniec grudnia będzie miał roczek, yay!) i że jestem tu z wami... jako część tej wspaniałej #1DFamily. Naprawdę znaczycie dla mnie wiele. Więcej, niż przypuszczacie. I tak bardzo chciałabym powiedzieć wszystkim, którzy czytają mojego bloga... jak bardzo mi na was zależy. Jak dzięki wam mogłam znowu być sobą. To piękne. Massive Thank You for this.
Cóż... prolog do drugiej części... pewnie dodam. Ale najpierw chciałabym napisać rozdział 1, żeby mieć chociaż jeden do przodu.

Tak więc...all I have is my wonderwall, pussies <3 xx

DZIĘKUJĘ!