27.01.2012

Rozdział 7: "Też Cię kocham..."

Mama była tak zajęta wszystkim, że bez żadnych pytań pozwoliła mi pojechać do Cynthii na noc. Cieszyłam się każdą chwilą, spędzoną z moją przyjaciółką. Kochałam ją jak siostrę i nie wyobrażałam sobie życia bez niej, w Polsce. Co to miało być za życie?!

Z ponurymi myślami stanęłam przed drzwiami jej domu, starając się zapomnieć o wszystkim – nawet o mamie, która wylewała łzy w hotelowym fotelu, wlewając w siebie whiskey (konkretnie Jack’a Daniels’a) całymi szklankami i niezbyt zwracając na mnie uwagę. Nic nowego, ale mimo wszystko, bolało. Ignorowanie zawsze boli, szczególnie, gdy osoba ignorująca cię, jest osobą bardzo bliską. A ja jestem zżyta z mamą, jak z nikim innym. W końcu jestem jedynaczką.

Cynthia otworzyła mi drzwi z szerokim uśmiechem, w spodniach dresowych i obcisłej bokserce oraz spiętych włosach. Od razu zapytałam, czy coś jej się stało, skoro jej włosy od tak są ułożone, za co dostałam kuksańca ( na szczęście lekkiego) w tyłek i weszłam do środka. Lubiłam mały, przytulny domek Cynthii i ten ogromny telewizor plazmowy, na którym idealnie oglądało się komedie romantyczne – Cynthia, tak jak ja miała do nich słabość, mimo, że w większość z nich była kiczowata i raczej nierealistyczna. Przyjemność jednak sprawiało mi oglądanie tych scen miłosnych i zużywanie kilku ton chusteczek na tragicznych momentach oraz w momencie kulminacyjnym – i żyli długo i szczęśliwie. Koniec. A ja z Cynthią w bek. Tak, wiem, czasami trudno nas pojąć.

Jednak przed filmem przyjaciółka pomalowała mi paznokcie w zebrę, a ja jej zrobiłam frencz. Mogłam zaszaleć, w końcu to miała być moja ostatnia zebra przez długi czas. A potem, jeszcze z mokrymi paznokciami, zrobiłyśmy popcorn, co chwilę krzycząc: „Uważaj na moje paznokcie!”, co zbudziło kota Cynthii, Dinę. O tak, Dina nie lubiła, gdy ktoś jej przerywał drzemkę przy kaloryferze. Od razu czmychnęłam z kuchni do łazienki, by nie zostać zaatakowana przez jej ostre, rzadko piłowane, pazurki, chociaż byłam święcie przekonana, że jak zasnę, to zrobi to, co zwykle – zacznie gryźć mi wszystkie palce u stóp, po kolei. Wspominałam, że Dina była dziwnym kotem? Nie? To musiałam o tym zapomnieć… jakby dawało się o tym zapomnieć za każdym razem, gdy wskakiwała na głowę, gotowa podrapać twarz pazurami!

Usadowiłyśmy się z Cynthią na kanapie, przykryte kocami i pudełkami chusteczek jednorazowych w pogotowiu i wybrałyśmy film „Remember Me”. Powiedzmy, że się popłakałyśmy. Trochę. Albo może trochę bardzo. Nawet Dina stwierdziła, że nie chce się z nami zadawać i sobie poszła z wysoko uniesionym ogonem do swojego zakątka kaloryferowego. Niech sobie tam idzie. Życie mimo wszystko byłoby łatwiejsze bez zwierzęcia, które za cel życiowy postawiło sobie wydrapanie ci oczu… wracając do naszego płaczu – to była Amazonka. Łzy lały się strumieniami, a kto nie oglądał – niech już żałuje! Widziałam ten film jakieś sześć razy, a i tak płakałam jaj bóbr w tych samych momentach. To chyba jest coś podobnego jak ze śmiercią Mufasy w „Królu Lwie” – obojętnie ile razy już oglądało się tą bajkę Disney’a, jak bardzo dokładnie zna się dialogi i słowa piosenek, zawsze, ale to ZAWSZE, płakało się, gdy Simba mówił go swojego już nieżyjącego ojca: „Tato, tato, chodźmy do domu!”. Ta kwestia zwalała i do dziś zwala mnie z nóg, powodując rzekę łez, chociaż obiecuję sobie, że nie będę płakać.

Oczywiście Cynthia zżarła cały popcorn (teraz rozumiałam, dlaczego tak dobrze dobrali się, z Niallem – przypomniał mi się dzisiejszy obiad i to, co w siebie wepchnął; porcja jak dla sześciu osób normalnie, a do tego on podobno jest wiecznie głodny!), a mi łaskawie zostawiła jakieś resztki na dnie. Takie trochę przypalone i nie do końca zrobione. W każdym razie i tak cieszyłam się, że coś od niej dostałam, bo nie zawsze tak było. Po popcornie nadal chciało mi się jeść (w końcu prawie nic nie zjadłam) więc poszperałam w kuchni i zrobiła sobie tosty z szynką i serem, dając dwa plastry sera na jeden tost – co tam, mogę być gruba! Chrzanić to! Ledwo je dokończyłam, bo Cynthia zaczęła marudzić, że chcę spać.

Więc położyłyśmy się do łóżka (wiem, że to dziwne, ale ona w końcu była moją przyjaciółką) i niby miałyśmy zasypiać, ale jakoś nie mogłam myśleć o niczym i o nikim innym, jak Harry. Jakby mój mózg ciągle wygrywał mi tą melodię – Harry, Harry, Harry, Harry… To było jednocześnie irytujące, ale także… jakby podniecające? Samo wspomnienie jego uśmiechu, jego gestów, jego cholernie zajebistego i przeszywającego na wskroś brytyjskiego akcentu… Zawsze, gdy próbowałam o nim nie myśleć, łapałam się na tym, że robię to tak intensywnie, myśląc… by o nim nie myśleć. Ciekawe, nie? Wiedziałam, że Cynthia mi nie odpuści, jeśli coś zauważyła, a propo Harry’ego, dlatego wolałam już nic nie mówić i udawać, że śpię.

Poczułam jak Cynthia wierci się i odwraca w moją stronę:

- Śpisz, Chloe?

- Nie, kurwa, oglądam powieki.

- Aha, a ja myślałam, że poduszkę wąchasz.

- W sumie…

Cynthia zachichotała i ja też nie mogłam się powstrzymać i po chwili kwiczałyśmy jak głupie, starając się nie pobudzić reszty domowników. Czasami potrafiłyśmy śmiać się z najbardziej sucharskich kawałów, ale mnie bardziej nakręcał jej śmiech niż sam żart. Samo wpadnięcie w naszym przypadku na to, kto zaczął jest za trudne.

Cynthia oparła się na łokciu, próbując się uspokoić.

- Okej. Zapomniałam ci opowiedzieć o Niallu.

Ano, fakt, zapomniała.

- Mam być obrażona?

-Cholernie!

Zrobiłam obrażoną minę i obie zaśmiałyśmy się cicho. Schowałam się pod kołdrę, by chociaż trochę stłumić dziki rechot wydobywający się z moich ust. Gdy ochłonęłam, wytknęłam oczy i nos nad kołdrę.

- On jest taki słodki – rozmarzyła się Cynthia, na chwilę odchodząc do swojego świata – Taki idealny. Rozumie mnie. Zadaje mnóstwo pytań… Interesuje się mną.

Ziewnęłam, a Cynthia uderzyła mnie lekko w ramię.

- A co z Harry? Widziałam, że prowadziliście naprawdę interesującą konwersację przy obiedzie…

Posłałam Cynthii spojrzenie typu: „ Czy ty naprawdę myślisz, że coś nas łączy? Przecież ledwo go znam!”, a one tylko przewróciła oczami.

- Błagam, przecież widziałam jak na ciebie patrzy. Trzeba być ślepym, by tego nie zauważyć!

- Najwyraźniej jestem ślepa – stwierdziłam z dziwnie szybko bijącym sercem.

- A weź się, dziewczyno. Podobasz mu się! Przeznaczenie!

- Won mi z przeznaczeniem! Nienawidzę go… - burknęłam, odsłaniając całą twarz – Lepiej gadaj co z Niall’em.

- Pocałował mnie w policzek na dowidzenia – zaszczebiotała Cynthia, jak mała dziewczynka, chichocząc się.

O nie, miała już fazę totalnego olśnienia, totalnego zauroczenia, a teraz przyszła kolej na fazę totalnego ześwirowania… Skrzywiłam się, myśląc o tym, co miłość robi z człowiekiem, gdy nagle dostałam sms’a. Kto o północy mógł do mnie pisać?!

„Obiad w Rio’s Garden o 15.00? Louis X”

Zdziwiłam się lekko, bo niby skąd miał mój numer i (wtedy też moje oczy zwęziły się niebezpiecznie i pomyślałam: „Harry!”) pokazałam Cynthii sms’a, na co ona wyrwała mi telefon z ręki i zaczęła mu odpisywać. Na nic zdawały się moje wyciągnięte ręce i protesty. Do głowy przychodziło, dlaczego on chce mnie zaprosić na obiad, a nie Harry.

- B…ę…d…ę – szeptała, naciskając klawisze, nie patrząc na moją zdruzgotaną minę – Na koniec dodamy „x”… i wysłane.

- Jesteś niemożliwa – skomentowałam – I jak ja teraz się wykręcę z tego obiadu?

- Nijak, pójdziesz i tyle – skwitowała zadowolona Cynthia – A wracając do Niall’a…

Nasłuchałam się, jak to on cudownie pachnie, jakie ma idealne włosy i cudowne, głębokie jasnoniebieskie oczy i nie wiedząc jak, powoli zasypiałam, usypiana trajkotaniem mojej przyjaciółki…

***

Zła na Cynthię ( za wyrwanie mi komórki i napisanie sms’a) oraz na siebie (że tak łatwo się poddałam i zgodziłam na obiad z Lou) siedziałam przy jednym ze stolików w Rio’s Garden, popijając wodę. Mijały minuty, aż w końcu podszedł do mnie Louis, trochę zasapany. Usiadł i przeprosił za spóźnienie, obdarzając mnie jednym z tych cudownych, szelmowskich uśmiechów, od których miękły nogi. I chyba nie tylko mi, ale wszystkim (może także chłopakom, ale nie chcieli się do tego przyznać, różnie z nimi bywa…) jednak nie dziwię się. Louis był jedną z niewielu osób, jakie znałam, które w łatwy sposób zjednywały sobie ludzi.

Zamówiliśmy na dobry początek po sałatce. Koniecznie musiałam wiedzieć, dlaczego chciał się ze mną spotkać, więc od razu przeszłam do rzeczy, starając się nie wybuchnąć śmiechem, gdy Lou dmuchał w słomkę, wetkniętą do szklanki z wodą, powodując jej bąblowanie.

- Okej, Louis, po co chciałeś się ze mną spotkać? – zapytałam wprost.

- Nie mogę zjeść z tobą obiadu i lepiej cię poznać? – mrugnął do mnie łobuzersko – Chciałem zobaczyć, co takiego widzi w tobie Harry.

Zatkało mnie i przez następne kilka minut siedzieliśmy w ciszy.

- Dobra, jestem tu na przeszpiegi – wyjaśnił w końcu Lou, siadając prosto, nadal bawiąc się szklanką – Harry nie mógł zdobyć się na odwagę, a do tego wczoraj latał po domu jak oszalały, waląc głową w ścianę i gadając coś w stylu: „I po cholerę żeś jej wysyłał tego sms’a!” czy coś takiego. Dlatego stwierdziłem, że muszę biedaczkowi trochę pomóc, w końcu mamy bromance…

- Rozumiem… - mieszałam cytrynę słomką w swojej szklance, nie patrząc na Lou, który zapewnie uśmiechał się w ten specyficzny sposób – I co według ciebie mam zrobić?

- Dać mu szansę.

- Dlaczego? Ledwo go znam…

- Może właśnie, dlatego. Może gdybyś go lepiej poznała, przekonałabyś się do niego. Przecież nie zawsze jest tak, że lubi się kogoś od razu. – Louis mówił to z takim przekonaniem, a ja nie odzywałam się dopóki nie podano nam sałatek.

- Może masz racje – przyznałam w końcu – Ale na razie nie mam zamiaru zmieniać zdania. On wie, że niedługo wyjeżdżam z kraju i prawdopodobnie nie wrócę w przeciągu najbliższych dwóch lat.

- Coś o tym wspominał, ale niezbyt się przejął. – Lou wzruszył ramionami, a potem nagle posmutniał – Chwila, dlaczego w tej sałatce nie ma marchewki?

Aww…

- Bo chyba nie ma jej ogólnie w składzie – zerknęłam na otwartą kartę dań.

- To po naszym obiedzie lecę do spożywczaka, bo chłopacy już wszystko zjedli… oni są jak bezdenne studnie i co ja się oszukuję… jestem nią również jestem – zaśmialiśmy się oboje.

Lubiła Louisa z kilku powodów – był zabawny, bezpośredni, uroczy, a do tego, poważny jak trzeba. Rozumiałam, dlaczego starał się pomóc Harry’emu, ale ja sama nie była pewna, czy chcę rozwijać tą znajomość. W końcu nie miałam długo zagrzać miejsca w Londynie (chociaż co ja bym dała, by zostać tam na zawsze!), a data wyjazdu zbliżała się nieubłaganie szybko. Spojrzałam na Lou, który zajmował się wybieraniem kukurydzy ze swojej sałatki i nie miałam pojęcia, co myśleć. Dać Harry’emu szansę, czy nie?

Oparłam się na łokciu, grzebiąc w swojej sałatce i nie mogąc się zdecydować na nic, co postawiłoby cała tą sytuację w miarę sprostowanej wersji. Westchnęłam i odłożyłam widelec, patrząc na sufit. Nagle odechciało mi się jeść,  bo gdy tylko myślałam o Harrym, w brzuchu zaczynało latać stado motyli, uniemożliwiających mi przełknięcie czegokolwiek. A tym bardziej zjedzenie całej porcji. Mój brak apetytu nie uszedł uwadze Lou:

- Rozdarta, co?

- Cholernie.

- Nie bój żaby, co ma być, to będzie, jasne? Zaufaj mi.

Zaufać mu, dobre. Znamy się dwa dni i ja mam mu zaufać?

- I co masz zamiar zrobić?

- Przyjedź do stajni, tam gdzie ostatnio na siedemnastą. Harry będzie patrzył jak Liam jeździ. Specjalnie go wysłałem na towarzysza. Wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale jeśli nie chcesz zrobić tego dla niego ani siebie, to zrób to, chociaż dla mnie.

To aż dziwne, ale gdy patrzyłam na poważną minę Louisa, zastanawiałam się, gdzie podział się ten wesołek, który zawsze odwalał największe przypały. W tamtym momencie zniknął, a na jego miejsce wstąpił po prostu przyjaciel. Prawdziwy przyjaciel, który martwi się i stara pomóc.

Uśmiechnęłam się do Lou szczerze.

- Przyjdę. Ale nic nie obiecuję.

- Na taką odpowiedź mniej więcej liczyłem.

Wtem doszedł do nas głos Harry’ego:

- O, Lou, co ty tu robisz? Chloe….?

Zatkało go, gdy stanął przed naszym stolikiem. Spojrzał najpierw na Louisa, a potem na mnie.

- Hej, Haroldziku ty mój najdroższy, właśnie o tobie rozmawialiśmy, moje puciu-buciu kochanie ty moje! –
Lou wstał, pocałował Harry’ego w oba policzki i przytulił mocno, a ja zachichotałam.

- Błagam, Lou, ludzie patrzą… - jęknął Harry.

- Też cię kocham.

I wyszło na to, że zjemy ten obiad do końca w trójkę…

-----------------------
 Miałam dodać tego posta później, ale co tam! Dla was <3
 
Uff, nareszcie jest. Jestem nawet z niego zadowolona... a wy, co myślicie? :) DZIĘKUJĘ WAM ZA PONAD 2000 ODWIEDZIN, JESTEŚCIE GENIALNI! <3 Jestem mile zaskoczona, mimo 5 obserwatorów... :)


Rozdział z perspektywy Harry'ego już się pisze, więc czekajcie cierpliwie, a go dostaniecie - dowiecie się, co siedzi w główce naszego zacnego Haroldzika <3 Oczywiście nie zabraknie także naszego kochanego Bromance! Chyba, że wolicie jakieś inne bromance, to piszcie, może uda mi się coś wykombinować ;>

Informuję o notkach, wystarczy, że zostawicie adres bloga lub numer gg. ;) Wchodźcie też na mojego twittera i followujcie Pauline__1994

23.01.2012

Rozdział 6: "Mam nadzieję, że będziesz śnić o mnie. Bo ja na pewno będę śnił o Tobie."

Zmrużyłam oczy, wyglądając pewnie jak kotka. Steve podszedł do mnie, z pewnością siebie, trzymając niedbale ręce w kieszeniach. Jak zwykle, nonszalancki i zdystansowany jakby nic go nie obchodziło. Znałam go na wylot – wiedziałam o nim to, czego na pewno nie mówił swoim dziewczynom-pustakom, lub, jak kto woli „zdobyczom”. Już dawno przylgnęła do niego łatka kobieciarza i flirciarza a chociaż dawno go nie widziałam, mogłam być pewna, że się jej nie pozbył, ale mimo wszystko i tak nie mógł odpędzić się od napalonych panienek, które tylko czekały, aż weźmie je do swojego wielkiego łóżka i przeleci jak motor po asfaltowej drodze. Traktował kobiety bardzo przedmiotowo. Dlatego nigdy nie miałam zamiaru z nim być. Dlatego postawiłam mu ultimatum przed zawodami.

- Zadałam pytanie, draniu – warknęłam, ruszając Niki.

Klacz parsknęła, gdy zbyt mocno pociągnęłam wodze.

- Uczę tutaj, Chloe. – rzekł najspokojniej w świecie – Myślałaś, że zostanę w tamtej dziurze do końca swojego życia?

- Zasranego życia – dodałam, nie zmieniając tonu.

- Widać, że trochę pazurki ci zarosły, przydałoby się je skrócić – mruknął, gwiżdżąc – Ale nie martw się, lubię takie.

- Ale za to, ja na pewno nie lubię takich – zlustrowałam go w trochę chamski sposób i zaczęłam kłusować na Niki, krążąc wokół niego. – Jesteś żałosny, Steve, słyszysz?

- Przypominasz mi o tym każdego dnia, Chloe. W mojej głowie.

Prychnęłam, zmuszając Niki do galopu. Znowu nakierowałam ją na przeszkodę i skoczyłam. Tym razem jednak nie usłyszałam oklasków. Było cicho jak makiem zasiał. Nie miałam pojęcia, dlaczego, ale mało mnie to obchodziło. Byłam wściekła jak nigdy, a mnie naprawdę normalnie trudno wyprowadzić z równowagi, chyba, że jest się Cynthią, wpadającą na głupie pomysły lub, jak w tym przypadku, kompletnym idiotą, Steve’m. Niki stanęła na moją komendę i zsiadłam z niej, by przekazać ją z powrotem Liamowi.

- Liam, chcesz jeszcze pojeździć? – zapytała już normalnym głosem, starając się nie warknąć na niego. Nie chciałam, by mój zły humor przeniósł się na chłopaków.

- Hmmm, nie, chyba już starczy – Liam zszedł z trybun i chwycił wodze Niki, która parskała, łypiąc jednym okiem na Steve’a, który stał i patrzył się na mnie.

-Okej, gadka-szmatka, ale ja wolałbym porozmawiać z tobą w cztery oczy – gdy tylko usłyszałam „w cztery oczy” aż ciarki przeszły mi po plecach.

W jego ustach brzmiało to jak „chodźmy za róg, bym mógł cię przelecieć”.

- Nie.

- Och, Chloe, od kiedy jesteś taka zadziorna?

- Od teraz. Spadaj.

- Nie daj się prosić… - chwycił mnie za ramię, ciągnąc mnie lekko.

- Puszczaj! – wysyczałam, próbując wyswobodzić rękę z jego żelaznego uścisku.

Widziałam jego oczy, strasznie blisko moich. Patrzył na mnie tak, jakby jednocześnie chciał mnie zabić, ale mnie pożądał. Ale kto by chciał mnie pożądać? Ledwo mieszcząca się w 38, pyskata, rude włosy… O, pierwszy raz przyznałam się, że mam rude włosy! Może były one naprawdę BARDZO ciemne, wpadające w czerń, brąz, ale prawda była taka, że jednak, to urodziło się rude, pozostanie rude, chyba, że się farbnie. Nienawidziłam moich rudych włosów! Przez nie ludzi myśleli, że jestem wredną, rudą suką… a ja zawsze trzymałam się na uboczu, chyba, że akurat wygłupiałam się z Cynthią. W każdym razie, jego wzrok przeszywał mnie tak, jakby chciał rozkazać mi telepatycznie, bym z nim poszła. Niestety, ja już dawno temu wyrosłam z niego. Z jego świńskiego zachowania, odzywek i tego typu podobnych rzeczy. Jestem inną Chloe. Nową, lepszą.

Wielu ludzi dziwi się, że mam na imię Chloe – zazwyczaj kojarzą sobie z tym imieniem jakąś pustą blond idiotkę z tipsami. Moi rodzice myśleli, że będę blondynką – a tu proszę, psikus, ciemny rudzielec. Z imiona nie zrezygnowali, ale czasami czułam się przez nie gorsza. Ono zupełnie do mnie nie pasowało. Tak się czułam. Z czasem przyzwyczaiłam się do niego, ale niesmak pozostał. Tylko, że ja raczej do głupich i pustych nie należałam.

- Powiedziałam, coś, kretynie – nie miałam pojęcia, dlaczego tak ostro na niego reaguję, ale nie potrafiłam inaczej, jakby nienawiść do niego była we mnie strasznie mocno zakorzeniona.

- Powiedziała coś, palancie – serce podskoczyło mi ze szczęścia do gardła, gdy usłyszałam głos Harry’ego za mną, który, jakby nie patrząc, właśnie mnie zacytował, albo właściwie to był krypto-cytat. – Odczep się od niej.

- A ja nie?

- A jak nie, to masz z nami do czynienia – do Harry’ego dołączył się Niall, wypinając pierś, jednocześnie ukradkiem zerkając na Cynthię. Co mu chodziło po głowie?

Całe One Direction (Cynthia stała trochę za Niallem, schowana za jego cudownym, silnymi ramionami i – o boziu – trzymając go niepewnie za rękę!) podeszło do nas, stojąc za mną w jednym rzędzie, jak moja straż.
Moja własna gwardia przyboczna. Moi aniołowie stróże. Steve spojrzał na nich dziwnym wzrokiem, trochę wkurzonym i miał taki wyraz twarzy, jakby już chciał coś powiedzieć albo na nich krzyknąć, ale odpuścił sobie i po chwili masowałam obolałe ramię, gdy puścił mnie i odchodził, mrucząc tylko:

- Nie będę bił się z dzieciakami o jakąś lalę.

Dopiero, gdy wyszedł, poczułam się bezpieczna. Cynthia objęła mnie ramieniem, nie mówiąc nic. Wiedziała, jak to przeżywam. Wiedziała, jaki był (i jest) Steve. Ale wolałam, by chłopaki tego nie wiedzieli. Cynthia uśmiechnęła się do mnie podbudowująco, pytając:

- Śpisz u mnie, dziś. Co ty na to?

- Pomalujesz mi paznokcie w zebrę? – uśmiechnęłam się blado.

- Jasne, kochanie.

Chłopacy nadal mieli utkwiony wzrok w drzwiach od hali, w których zniknął Steve. Pierwszy „ocknął się” Harry, kładąc mi rękę na ramieniu. Jego dotyk, nawet przez kilka warstw ubrań, wywoływał gorączkę. Co ja gadam, pożar!

- Wszystko w porządku?

- Tak, dziękuję.

- Pedał – skomentował Zayn, przy okazji mieląc przekleństwo pod nosem.

Louis zaśmiał się, a do tego miała wrażenie, że zaraz zacznie się pokładać po piasku na hali, i atmosfera się rozluźniła. Chłopak wskoczył jednak Harry’emu na barana (miałam jednak nadzieję, że zacznie się tarzać) , a ten przewrócił się od ciężaru przyjaciela, rozpłaszczając się na piasku. Czyli jednak ktoś miał wrócić do domu umorusany ziemią… Niall od razu załapał, o co tak naprawdę chodziło Lou i wpakował się na nich, śmiejąc się jak dziecko. Ech. „Kanapy” (czyli dla niedoinformowanych leżenie na sobie w warstwach) są dla dzieci… ale co tam, raz się żyje!

- Uwaga, lecę! – prawie krzyknęłam, pakując się na zaskoczonego Niall’a.

Rozległy się śmiechy, a po chwili, Zayn wpakował się na mnie, a na niego Liam. Cynthia oczywiście tylko zrobiła wielkie oczy, ale wdrapała się na sam szczyt, wniebowzięta, że może zabawić się ze swoimi idolami.

Nigdy, przenigdy nie myślałam, że można umrzeć ze śmiechu. A ja tak umierałam, autentycznie umierałam!
Pod nami Lou i Harry coś jęczeli, coś szeptali do siebie, ale mało mnie to obchodziło. Przecież, to, co mówią do siebie, jest ich sprawą. W końcu Harry ledwo wydukał, że nie może oddychać i z niego zeszliśmy.
Liam poszedł odstawić Niki do stajni, a my w tym czasie staliśmy na wielkim placu przed stajniami. Lou i Harry oczywiście zaczęli się wygłupiać, ale mogę im to wybaczyć, przecież ich Bromance musi się jakoś rozwijać. Louis zaczął namiętnie klepać Harry’ego po tyłku, a oczy Cynthii zaszkliły się – wiedziałam, o co jej chodziło. Kiedyś mi wspominała, że ten pairing (w sensie Harry i Louis) nazywa się Larry Starlinson, czy jakoś tak? Nie mogłam sobie przypomnieć… w każdym razie, Cynthia zawsze oglądała filmiki z nimi w roli głównej. I dlaczego zawsze miałam wrażenie, że patrzę na parę gejów? Niby Cynthia kiedyś (dawno temu, KIEDYŚ) wspominała mi, że Louis ma dziewczynę. Eleanor, chyba.

Boże, skąd ja pamiętałam takie szczegóły z życia chłopaków? Po co mi to?

Reasumując… Cynthia dostawała spazmów rozkoszy, jak tylko widziała ich wygłupy. To wyjaśniałoby jej błogostan.

***

Dzień minął nam naprawdę cudownie i mówi to dziewczyna, która nie przepada za One Direction! No, może od teraz przepada (i to nawet trochę bardzo), ale nie jest ich napaloną fanką, marząca się przespać z każdym z nich. W każdym razie nie miałam jeszcze takich myśli. Boże, Chloe, mogłabyś się kiedyś ogarnąć. Fajnie jest odzywać się do siebie w trzeciej osobie, nie ma co… W każdym razie pojechaliśmy coś zjeść i aż przeraziłam się, ile potrafił  wpakować w siebie Niall. Tony! Louis powiedział, że to nie jest jeszcze szczyt jego możliwości, więc naprawdę zaczęłam bać się Niall’a, chociaż był naprawdę uroczy. Taki trochę starszy brat, który od czasu do czasu lubi się powygłupiać.

Louis natomiast ciągle prowokował nas do śmiechu. Był klaunem, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Uwielbiał robić głupoty, za które potem nie płacił – nie mieliśmy serca go karać, był zbyt słodki, a ten jego łobuzerski uśmieszek rozbrajał nawet spokojnego i statycznego Liama.

Liam... naprawdę miał u mnie szacunek. Był wspaniałym chłopakiem, uważnie słuchał i prowadziliśmy bardzo ciekawe konwersacje na wszystkie tematy. Do tego, czasami potrafiliśmy się wygłupiać i śmiać z dziwnych rzeczy, a co najważniejsze – z tych samych.

Z Zayn’em dyskutowaliśmy ponad pół godziny przy tortillach, próbując porównać gumę do włosów i żel ( to miało być a propo uwag Lou na temat włosów Zayn’a i kąśliwych spostrzeżeń Liama, że czarnowłosy układa swoją „idealną” fryzurę prawie pół godziny z rana; od razu też wtrącił się Harry, dziękując Bogu za dwie łazienki w ich willi) ,jednak nie doszliśmy do jakiś fascynujących wniosków, więc potem przeszliśmy na temat kosmetyków i okazało się (o, zgrozo!), że Zayn ma tego więcej niż ja. Co nie obyło się bez podsumowania („Pachnie jak w perfumerii” oraz „Gdybyście widzieli jaką on ma minę, gdy nakłada sobie krem na twarz”) przez Niall’a, z którym Zayn dzielił pokój.

A Harry nadal stał pod wielkim znakiem zapytania. Naprawdę dużo nas łączyło, mieliśmy o czym rozmawiać. Często prze niego śmiałam się do łez, aż nie opamiętywałam się i starannie sprawdzałam, czy aby nie mam na policzkach czarnych smug od tuszu. Obydwoje uwielbialiśmy „Love Actually” i sorbet z mango (kochałam mango pod każdą postacią…), a do tego gotowanie. Też wyganialiśmy z kuchni ludzi mówiąc: „Wynocha z mojej kuchni!”. Z każdą, spędzoną w jego towarzystwie, minutą, coraz bardziej się rozluźniałam. Złapałam się na tym, że jak ze sobą rozmawiamy, to jesteśmy lekko pochyleni w swoją stronę, co z boku musiało wyglądać trochę… dziwnie. Porozumiewawcze spojrzenie Cynthii tylko mnie przeraziło, więc starałam się nie patrzeć ani na nią ani na żadnego członka zespołu, skupiając się na Harrym. Słuchał mnie jak nikt inny. Uważnie. Jakby chciał powiedzieć: „Jestem tu, byś mogła wylać wszystkie swoje żale”. A potem nagle bezczelnie podbierał mi frytki z talerza!

Z tymi chłopakami naprawdę nie dało się nudzić. Może, dlatego byli tacy wyjątkowi?

Około godziny dwudziestej, wpakowaliśmy się do minibusa Louis’a (oczywiście z przepychankami i zrządzeniem Zayn’a, że zepsujemy mu fryzurę) i ruszyliśmy najpierw do domu Cynthii (którą odprowadził pod same drzwi, Niall), a gdy moja przyjaciółka zniknęła mi z oczu, a pojawił się uradowany Niall, Liam od razu zapytał, co się stało.

-Mam jej numer! – Niall zaczął odwalać jakiś dziwny taniec w małej kabince.

Miałam wrażenie, że Harry spojrzał na mnie ukradkiem, ale równie dobrze mogło mi się przewidzieć. Czasami oczy płatały mi figle. To chyba wina zbyt bujnej wyobraźni.

- Okej, Harry, teraz twoja kolej, pamiętaj o zakładzie! – poruszył znacząco brwiami Niall.

Jaki zakład? WTF?

- Co? – uniosłam jedną brew ku górze, zastanawiając się, kiedy będziemy u mnie w domu.

- Niall założył się z Harrym, że jeśli wyciągnie numer od Cynthii, to Harry poprosi o twój – ziewnął Zayn, przysypiając.

No nie, podwójne WTF?! Albo nawet potrójne. Wszyscy oprócz prowadzącego Lou, który na pewno w tym momencie uśmiechał się głupkowato, i speszonego Harry’ego, który był nie mniej czerwony niż ja w krępujących sytuacjach, patrzyli na mnie wyczekująco. I co ja niby ich zdaniem miałam teraz zrobić?

- Spytaj się, idioto! – ofuknął Harry’ego, Lou.

Liam, siedzący z przodu z Louisem, szturchnął Harry’ego porozumiewawczo, a potem szepnął mu coś do ucha. Harry odetchnął i z jego ust wyszedł jeden słowociąg, z którego niewiele zrozumiałam:

- Czychciałabyśdaćmiswójnumerproszę?

Wow, zawstydzony Harry, tego w kinach jeszcze nie grali… Ale nie mogłam zaprzeczyć, że z tymi rumieńcami wyglądał naprawdę uroczo. Aż chciało się go przytulić… Boże, co ja myślę…! Chęć czy nie, trzeba ją stłamsić i dać chłopakowi jakąś sensowną ( w miarę) odpowiedź. Tylko ,dlaczego nic nie przychodziło mi do głowy? I dlaczego nagle zapomniałam swojego numeru telefonu?!

- Daj komórkę, wpiszę ci – wyszeptałam w końcu, jakby najcichsza wypowiedź miała mnie zabić.

Wstukałam numer na jego iPhonie i poczułam ulgę, gdy zobaczyłam z oddali hotel. Chłopacy wiedzieli, dlaczego w nim mieszkam, ale nie zadawali zbędnych pytań. I za to byłam im niezmiernie wdzięczna.

- To do zobaczenia! Miło było – nie kłamałam i chyba było to po mnie widać.

- Przyjemność po naszej stronie, Księżniczko – odezwał się Lou z siedzenia kierowcy, przekręcając głowę, by mnie zobaczyć i uśmiechnął się łobuzersko.

- Gonna miss ya – zrobił smutną minkę Niall, a Liam zaczął go głaskać po głowie.

- Spokojnie, Ne pewno się jeszcze zobaczycie! – pocieszał przyjaciela.

- I tym razem udowodnię ci, że balsam z masłem O’shea jest lepszy od normalnego  - reszta spojrzała na Zayn’a jak na kosmitę – NO CO?!

- Może cię odprowadzić? – zaproponował Harry, ale ja zaprotestowałam.

- Nie, naprawdę, nie trzeba. Trzymajcie się!

I zamknęłam drzwi od auta, machając im z uśmiechem. Widziałam, jak chłopaki przepychają się, by mieć dojście do szyby, by mi odmachać. A potem auto odjechało. Przekręciłam kluczyk w drzwiach mojego tymczasowego lokum, gdy nagle poczuła wibracje mojej komórki – Czyżby Cynthia nie miała się na kimś wyżyć i chciała się upewnić, że może już do mnie zadzwonić, by wykrzyczeć całemu światu ( a w tym przypadku mnie) jaką jest szczęśliwą osobą, bo dała Niallowi swój numer telefonu i to ON ją poprosił o tenże numer? Gdy tworzyłam wiadomość od nieznanego numeru, serce mi zamarło. Czy to możliwe by jednocześnie żyć i nie oddychać?

„Mam nadzieję, że będziesz śnić o mnie. Bo ja na pewno będę śnił o Tobie. Harry”


-----------------

Ufff... to się napisałam... i znowu tyle miłych opinii, dziękuję :) Zapraszam na mojego twittera @Pauline__1994 followujcie, a moje dowiecie się więcej ciekawych rzeczy o opowiadaniu i możecie zadawać pytania a propo fabuły :) Pozdrawiam wszystkich i pytanie na dziś: Czy ten sms od Harry'ego nie był słodki? <3
Powiadamiam o nowych notkach na blogach i gg, podajcie tylko adresy i numery. Dziękuję.

18.01.2012

Rozdział 5: "Wierzę w Ciebie..."

Stadnina okazała się całkiem… duża. Co ja mówię, ogromna! Jeszcze takiej nie widziałam, jak Boga kocham. Gdy zobaczyłam ją przez okno te wielkie padoki, ludzi jeżdżących na swoich wypielęgnowanych wierzchowcach, potężnych rozmiarów halę, wyglądającą jak nową, aż coś mi się przewróciło w żołądku. Nie, że zbierało mi się na wymioty, czy coś. Jedynie na… wspomnienia.

Ośrodek, w którym jeździłam był sto razy mniejszy, ale czułam się tam jak królowa. Wszyscy mnie podziwiali, a do tego miałam genialnego instruktora, który nie dosyć, że być wysportowany, to jeszcze do mnie zarywał. Wtedy postawiłam mu ultimatum – albo będzie mnie trenował do zawodów ogólnokrajowych i przestanie, albo stwierdzi, że chce mnie, ale nie będzie już moim trenerem i przeniosę się do innego ośrodka. Wybrał to pierwsze, gdyż nie chciał stracić tak dobrej zawodniczki. Zazwyczaj jeździłam na ogierach, gdyż miałam na nie dobry, kojący wpływ. Wsiadało się na takiego, a ten już się rwał i to nie tylko do galopu, ale także panienek na pobliskim padoku. Praca z ogierami jest mega ciężka, ale bardzo satysfakcjonująca. Chociaż mimo wszystko uwielbiałam klacze – były spokojniejsze i dawały sobą kierować, nie to, co ogiery – wyrywały mi barki ze stawów, jak tylko próbowałam skręcić.

Podziękowałam tacie Cynthii za podwózkę i ruszyłyśmy w stronę hali – tam na pewno Liam musiał trenować, skoro był tyle śniegu. Niewielu właścicieli było tak szalonych, by latać z koniem na dworze w taki mróz.

Weszliśmy do podgrzewanej hali i pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to Liam, kłusujący na ogromnym gniadoszu. Po głębszych obserwacjach, okazało się, że to klacz. Ale za to, jaka ogromna! Nie była koniem pociągowym, miała za chude nogi… ale jej rozmiar budził respekt.

- Hej!  -odezwał się Liam, gdy tylko nas zobaczył – Cynthia?

- No witaj, jeźdźcu – odpowiedziała mu Cynthia, rumieniąc się tak bardzo, że zlewała się z czerwonymi ścianami. – Widzę, że nie marnujesz czasu?

- Niki stała w boksie i wprost nie mogła się doczekać – Liam pokłusował do nas, stając przed Cynthią – Może przedstawisz swoją śliczną koleżankę?

- Och, przepraszam. Chloe, to Liam; Liam, to Chloe. – Liam wyciągnął rękę na ile pozwalała mu wysokość Niki.

Uścisnęłam mu dłoń, nie mogąc nie odwzajemnić uśmiechu, którym mnie obdarzył.

- Ej, a my to co? – usłyszeliśmy krzyki za nami.

Cynthii zaświeciły się oczy, gdy reszta zespołu wstała na małych trybunach, machając do nas jak głupki.

Tylko przewróciła oczami, modląc się, by jak najszybciej to skończyć. Musi być jakiś sposób, byśmy wróciły do domu…

- Hej chłopaki! – Cynthia była w swoim żywiole, gdy podeszli do nas, śmiejąc się o popychając siebie nawzajem. Teraz przynajmniej wiedziałam, od czego Cynthia tak dziecinnieje.

Gdy stanęli przed nami w głowie miałam pustkę, szczególnie, jeśli chodzi o imiona. Pamiętałam tylko, że ten czarnowłosy to Zayn, a najstarszy, noszący szelki to Louis… Dwa na pięć to i tak dobry wynik jak na mnie, uwierzcie mi. Szczerzyli się do mnie, jakby właśnie wygrali w totka, a ja taktownie uśmiechałam się delikatnie, by nie wzbudzić podejrzeń. Chociaż chwila… Gdzie był Harry?

- Od lewej… - zaczęła Cynthia – Zayn, Niall i Louis.

Przywitałam się z każdym, a gdy przyszła kolej na Louisa, ten zlustrował mnie wzrokiem i aż gwizdnął:

- Gdybym wiedział, Cynthia, że masz taką koleżankę, to wcześniej byśmy się umówili, bym mógł z nią spędzić więcej czasu.

Mimo, że nie lubiłam tego Chłopięcego-Zespołu-A-La-N’Sync, musiałam przyznać, że komentarz Louisa mile połechtał moją próżność. Czasami ktoś musi nam, kobietom, powiedzieć, że jesteśmy wyjątkowe.

- Ej, Lou, nie podrywaj jej, ona jest już zaklepana przez Harry’ego – trzepnął Louisa w głowę, Niall.

- Oj tam, oj tam!

- O nieobecnych się nie mówi – dodał Liam, nakręcając Niki i ruszając stępem na środek hali.

Wtem, doszedł do nas głos - tak, tek seksowny, przeszywający powietrze baryton, od którego aż dostawało się ciarek na całym ciele – a ja starałam się udawać, że wcale mnie nie poruszył dogłębnie aż do przestrzeni międzykomórkowych:

- Gadać, kto odczuwa do mnie pociąg?

Rozpoznałam kwestię Króla Juliana i parsknęłam śmiechem, jak reszta. Harry od razu jakby się przygasił albo coś, gdy dostrzegł mnie, stojącą obok Cynthii. Uśmiechnął się nieśmiało, ale przez to był tylko jeszcze słodszy. Na mojej twarzy na pewno pojawiły się dwa rumieńce. Odgarnęłam zagubiony kosmyk z twarzy, starając czymś zająć, trzęsące się niemiłosiernie, ręce i mając wzrok wbity w piasek, z taką intensywnością, jakbym znalazła tam coś naprawdę interesującego.

- Witaj – usłyszałam TEN głos strasznie blisko mnie i uniosłam głowę.

Gdybym zrobiła to z większym impetem, zderzylibyśmy się czołami. Brawo, Chloe, ty to czasem jesteś genialna. Był z jakieś dziesięć centymetrów wyższy, ale nie więcej, gdyż nie musiała się jakoś strasznie prostować i patrzeć w górę, by widzieć jego oczy. Te jego hipnotyzująco zielone oczy… Okej, wieź się w garść, Chloe, przecież on nie jest ósmym cudem świata! A może jednak jest…?

- Witaj – odpowiedziałam, starając się nie wyglądać jak burak (jakbym miała jakikolwiek wpływ na kolor mojej skóry, gdy byłam pod ostrzałem jego jasno szmaragdowych oczu) i przełknęła ślinę, bo w gardle zrobił się nagle tak sucho…

- Harry, ale ty to chyba wiesz… - wyciągnął rękę w moją stronę,  a ja ją uścisnęłam.

- To nie takie oczywiste, nadal was wszystkich mylę – miał takie delikatne i gładkie ręce – Bo widzisz… nie jestem waszą fanką.

Harry zdziwił się lekko, a jego brwi uniosły się wysoko, znikając w falach grzywki.

- Serio?

Przytaknęłam, jednocześnie wzruszając ramionami.

- To Cynthia poprosiła, bym się z nią przeszła. Naprawdę nie jestem fanką… szczególnie taką napaloną i szaloną.

Za nami Louis wydał taki odgłos, jakby przestraszył się i zdziwił jednocześnie, co tak mnie przestraszyło, że aż podskoczyłam. Spodziewałam się wszystkiego – no może z wyjątkiem TEGO. Spojrzałam przestraszonym wzrokiem na Louisa, który na poły zasłonił usta ręką, mając ściągnięte brwi, wyglądał jednocześnie komicznie, ale także zaczynało mi się go robić żal. Miał coś takiego w sobie… wesołego.

- Jak to nie jesteś naszą fanką? – zapytał zrezygnowany (na żarty, na serio?) Louis, nagle zanurzając twarz w dłoniach.

- Cii, Lou, kochanie, nie płacz – starał się go uspokoić Zayn, klepiąc go po plecach i rzucając mi „wściekłe” spojrzenie. – Jak ty tak możesz, kobieto, serca nie masz?!

- Eeee… - zdołałam tylko wyksztusić, nie wiedząc, co powiedzieć. Miałam śmać się czy płakać? A może oba na raz?

- Wszystko dobrze Lou, no, nie płacz już – Niall przytulił go do siebie mocno.

- A-ale to ta-a-a-kie stra-a-aszne! – zawodził sztucznie Louis, „płacząc” w niebogłosy.

- Lou, zamknij się, bo płoszysz mi konia! – odezwał się nagle Liam, zatrzymując Niki.

Rzeczywiście Niki położyła uszy do czaszki, parskając niespokojnie. Widziałam nie raz konie takich sytuacjach. Lada moment miała się spłoszyć, a wtedy Liam… W tamtej chwili też postanowiłam, że przełamię w końcu swój lęk, zakorzeniony we mnie od dwóch lat. Musiałam w końcu to zrobić… Podeszłam do Niki, która zrobiła krok do tyłu, machając ogonem.

- Spokojnie, mała… - wyszeptałam do niej, powoli przesuwając się w jej kierunku i zaczęłam nucić piosenkę „Toxic” w wykonaniu Yael Naim - With a taste of your lips I’m on a ride,You're toxic I'm slipping under, With a taste of a poison paradise, I’m addicted to You, Don’t you know that you’re toxic…
 

Klacz powoli uspakajał się, patrząc na mnie zaciekawionym wzrokiem, aż w końcu dotknęłam jej chrap i pogłaskałam, by ją uspokoić.

- Właśnie tak, malutka, właśnie tak… - rzekłam do niej, odgarniając jej grzywkę w oka. – And I love what You do, don’t You know that you’re toxic…
 

Wciągnęła nosem ten typowy koński zapach, łapiąc się na tym, jak bardzo za nim tęskniłam. Nie zdziwił mnie ten fakt, ale myślałam, że tamten upadek wyrył się w mojej pamięci tak mocno, że nie będę w stanie nawet bliżej podejść do jakiegokolwiek konia. A tu proszę, taka niespodzianka… trzeba było przyznać, że Niki była naprawdę urodziwą klaczą. I do tego ta słodka gwiazdka oraz oczy z mądrym wyrazem…

- Wow, to było niezłe – mruknął Liam, klepiąc Niki po dużej i lekko spoconej szyi. – Jak ty to robisz?

- Przez kilka lat pracowałam z młodymi ogierami, więc wiem, jak uspokaja się konie – uśmiechnęłam się do niego – Styczność z końmi mam od trzeciego roku życia. Jeżdżę, od kiedy skończyłam cztery lata. Konie były moim życiem do czasu, gdy spadłam ze spłoszonego młodziaka, którzy przygniótł mi nogę i złamał ją w dwóch miejscach.

- Ach… przykro mi.

- Nie naprawdę, jest okej. – uśmiechnęłam się – Chyba to pierwszy raz od dwóch lat, kiedy bez oporów głaszczę konia.

- A co powiesz, żeby przełamać lęk? – Liam zeskoczył z Niki i przytrzymując wodze, podstawił mi nogę – Dawaj, Chloe.

Byłam zadowolona z tego, jak szybko nauczył się mojego imienia. Ja, jak już wspominałam, miałam z tym nie lada problem. Okej, duży, BARDZO DUŻY, problem.

Nabrała powietrza do płuc, nie wypuszczając go. Tak, bałam się. Cholernie się bałam, ale wtem podszedł do nas niepewnie Harry, uśmiechając się nieśmiało. To dodało mi otuchy…, Chociaż wcale go nie znałam, czułam, że wspiera mnie. O tu, w sercu.

- Może pomóc ci wsiąść? – zaproponował, przygładzając włosy.

- Dajesz, mała! – krzyknął dopingująco Niall, a po chwili dołączyli się do niego Zayn i Louis.

Przy akompaniamencie ich krzyków, w końcu się zgodziłam. Powiedziałam (z nie małym rumieńcem) Harry’emu, co ma robić, jako, że Niki do niskich nie należała, a ja nawet ze swoim wzrostem metr siedemdziesiąt cztery nie dałabym jej rady. Harry przytrzymał moją łydkę i na trzy uniósł mnie do góry, podczas gdy ja trzymała się lęku przedniego siodła (dla nieobeznanych – jest to ten guzek z przodu), starając się u nim usiąść. Gdy już poczułam siodło, miałam wrażenie jakbym nigdy go nie opuszczała. Ten sam zapach zakonserwowanej skóry, potu konia i siana. Chwyciłam podane przez Liama wodze i zaczęłam skracać sobie strzemiona, z taką gracją, że aż sama się sobie dziwiłam.

- Wierzę w ciebie – te trzy słowa, wypowiedziane przez Harry’ego dodały mi skrzydeł i pewności siebie.

- Dziękuję – uśmiechnęłam się do niego najpiękniej jak umiałam, starając się nie pokazać, jak bardzo się boję.

Westchnęłam, gdy już miałam pewność, że są równe i usiadłam prosto w siodle. Przypomniały mi się wskazówki mojego byłego trenera, a propo postawy i gdy ustaliłam, że wszystkie je zastosowałam, ściągnęłam wodze, by dać znać Niki, że zaraz będziemy ruszać.
Harry z Liamem zeszli z pola treningowego na bok.

It’s time to begin the show…, pomyślałam I docisnęłam pięty do boków Niki, która ruszyła żwawym kłusem, delikatnie mnie wybijając. Miała bardzo płynny chód. Znowu poczułam tą adrenalinę, która towarzyszyła mi, za każdym razem, gdy dosiadałam konia.

Przejechałam przez drążki, a potem postanowiłam zaszaleć. Gdy tylko Niki wchodziła w zakręt… dałam jej znak do galopu. Klacz ruszyła z kopyta, wyginając majestatycznie szyję, a ja poluźniłam jej wodze, dając swobodę, by ucisk wędzidła na język zelżał. Czułam się wolna, jak wtedy te dwa lata temu, ujeżdżając młodziki…

Usłyszałam wiwaty z trybun, na które wspięli się chłopacy z Cynthią, krzyczącą:

- Dajesz dziewczyno!

Moje serce zaczęło się śmiać… i ja sama aż rwałam się do tego.

- Juhuu! – zachichotałam, robiąc kolejne kółko.

Chichotałam się jak mała dziewczynka. Skoro zaszłam tak daleko to mogłam też spróbować skoczyć. W prawdzie byłam trenerką ujeżdżania, ale jak każdy dobry jeździec liznęłam też skoków. Serce zabiło mi szybciej, gdy zobaczyłam jedyną przeszkodę w hali. Teraz, albo nigdy.

Uda ci się, byłam tego pewna. Przypomniały mi się też słowa Harry’ego: „Wierzę w ciebie.”

Więc najechałam prosto na przeszkodę, słysząc głos chłopaków:

 - Co ona robi?

- Zaraz skoczy!

- Dajesz!

Zaparłam się w sobie i dodałam łydkę przed przeszkodą. Ten wiatr we włosach podczas skoku… ta adrenalina… tak mi tego brakowało.

Wtedy też, gdy Niki przeskoczyła, lądując na lewej nodze, odezwał się znany mi głos, którego nie słyszałam od bardzo dawna. Rozległy się pojedyncze oklaski, które przeszywały ciszę jak sztylety, martwe, ale jeszcze ciepłe truchło.

- Brawo, Chloe, widzę, że znowu jesteś w siodle.

Zamarłam, zatrzymując Niki. Nie, błagam, to nie mógł być…

- Co ty tu robisz, Steve? – mój głos wydawał się być zrobiony z lody, rzucający milionami ostrych sopli.
Steve, mój były instruktor jazdy konnej, lat dwadzieścia dwa. O pięć lat starszy ode mnie ( chociaż prawie cztery, bo w marcu kończyłam osiemnaście…) z bujną czarną czupryną i niebieskimi, tylko pozornie, śmiejącymi się oczami. Umięśniony, ideał kobiet, ale także ich przekleństwo. Ten Steve, który musiał wybierać pomiędzy mną, a mistrzostwami. Ten sam, którego teraz nie wiązała obietnica, jak wtedy.

Ten sam Steve. Kobieciarz, jakich mało.



-----------------------------------------

OH MY FUCKING GOD 1,000 wyświetleń w dwa tyg? No ja chyba śnię! I to cudowny sen... nie chcę się budzić :)
Wow, byłam tak mile zaskoczona wszystkimi komentarzami, że specjalnie dla was, postanowiłam wcześniej wystawić notkę :) Macie ode mnie taki mały bonusik ^^ Dacie radę powtórzyć ilość komentarzy z poprzedniego rozdziału? Dawajcie! :)

14.01.2012

Rozdział 4: "Are you fucking kidding me?!"

 - Dlatego mam ci co zakomunikowania, że… - Cynthia specjalnie przeciągała ( a jak tak robiła, to oznaczało, że nie będę zadowolona z jej pomysłu) – Umówiłam się z chłopakami.

Uff, to tyle? I gdzie tu coś, co miało mnie wkurzyć?

- W sensie, że z naszej szkoły? – zapytałam, ponownie siadając.

Cynthia przygładziła włosy, uśmiechając się nerwowo. Po chwili do mnie doszło. Chłopacy… NO ONA CHYBA SOBIE ŻARTOWAŁA!

- Gdzie ukryta kamera, Cynthia? – twarz mi stężała.

- Nigdzie – przyznała Cynthia ze skruchą w głosie.

Nie wytrzymałam już i rzekłam podniesionym, o kilka oktaw głosem:

- Are you fucking kidding me?!

- Nope. Nie sądzę.,

- Mam nadzieję, że masz na to jakieś sensowne wytłumaczenie?

- Umówiłam się z nimi, bo…

- Bo? –miałam nadzieję, że Cynthia miała jakieś dobre argumenty.

- Booo… - Cynthia widocznie grała na zwłokę, rozglądając się wokoło, jakby tam miała znaleźć odpowiedź. Już chciałam jej powiedzieć, że to tak nie działa – Gdyż… ponieważ… otóż… mianowicie…

- Więcej synonimów nie mogłaś, wymyśleć, co? – burknęłam sarkastycznie, chwyciłam kubek z kawą i dopiłam resztkę.

- Przykro mi, nie mogłam – Cynthia wyszczerzyła się do mnie, jakbym miała do twarzy przyklejone milion dolarów (jakbym rzeczywiście je mogła mieć…), a ja zastanawiałam się, czy jakby wstrzyknąć jej botoks, jak się tak śmieje, to uśmiech zostałby jej na zawsze.

Hahha i z takim wyszczerzem przez dwa lata chodzić…

A po  chwili przypomniała mi się prawdziwa istota problemu…

Wstałam i podeszłam do pobliskiego kosza na śmieci, by wyrzucić opakowanie po kawie. Starałam się przy tym, nie wybuchnąć gniewem. Byłam jedną z osób, które łatwo było wyprowadzić z równowagi byle czym, nawet błahostką. Nie wiedziałam, dlaczego tak się działo, ale to pewnie przez moją nienawiść do małostkowych spraw. Miotałam się jak ćma uwięziona w szklanym słoiku od nutelli z dziurkami na powietrze, starając się uspokoić – ale jak miałam to zrobić, skoro Cynthia dobrze wiedziała, jakim uczuciem darzę jej „bardzo cudowny lukrowy boysband”. Przepraszam za wyrażenie, ale taka była prawda! Tylko och i ach, jacy oni piękni (pomijając moją słabość do Harry’ego – którą i tak starałam tłumić na wszystkie możliwe sposoby) i gładcy i uroczy i zabawni!

Bełt normalnie!

Okej, może nie bełt, żeby Cynthia się nie obraziła. Ale przecież chwila to wszystko jest tylko i wyłącznie w mojej głowie, nikt tego nie usłyszy!

Pokręciłam głową, zastanawiając się, czy stałam w kolejce po cycki, czy po rozum. Po dłuższym namyśle, stwierdziłam, że chyba stałam po cycki. Ma się tą miseczkę C… Facepalm normalnie. O czym ja myślałam w tak poważnej chwili?!

- Wiem, że ich nie trawisz, ale zrobisz to dla mnie? Nie chcę iść sama – posłała mi takie spojrzenie, jakby to była moja wina, że się z nimi umówiła i to ja pchałam ją samą na to spotkanie; zaczynałam mieć straszne wyrzuty sumienia, chociaż nie powinnam!

Fajnie, naprawdę fajnie, Chloe!, pomyślałam, drapiąc się w głowę. Cynthia wpakowała mnie w niezłe bagno i miałam ochotę jakoś się z tego wyplątać, ale gdy patrzyłam na jej bezradną i ciut zakochaną minę, wiedziałam, że nie powinnam jej opuszczać, szczególnie, że to miało być jej wymarzone spotkanie z idolami z Chłopięcego-Zespołu-A-La-N’Sync (stwierdziłam, że będę ich tak nazywać, żeby nie urazić Cynthii słowem boysband. Ona czasami naprawdę powinna mnie obsypać kwiatami i nosić na rękach, że jestem taką dobrą przyjaciółką. Co fakt, to fakt, też bywałam nie do zniesienia, ale jednak kochałam ją jak siostrę i nigdy nie pozwoliłabym się jej zbłaźnić przed chłopakami z zespołu.

Im więcej o nich myślałam, tym bardziej głowę zaprzątały mi myśli, jacy oni naprawdę są? Nie, żebym nie miała nic do roboty… jednak gdy człowiek już do czegoś się przyczepi, to nie daje za wygraną – szczególnie w moim przypadku. Niewiele mogłam o nich powiedzieć, gdy na nich patrzyłam. Co innego, gdy widziałam jak się w stosunku do siebie zachowują. Cynthia puściła mi kiedyś jakiś filmik, na którym się wydurniają. Wtedy rzuciło mi się w oczy tylko jedno – są dla siebie jak rodzina, jak bracia. A to bardzo ważne w zespole – bo zespół jest jak rodzina, czasami jest gorzej, bywają kłótnie, ale najważniejsze jest wybaczanie sobie nawzajem.

Niestety, ja raczej nie mogłam wybaczyć tacie zdrady i tego, że tak szybko nas porzucił dla swojej młodej i jędrnej asystentki. Nie była wcale taka ładna jak mama, ale tu chyba chodziło o jej charakter. Dzień po incydencie wyprowadziłyśmy się do hotelu (który opłacał tata – może czuł się winny, czy co?) i tam mama powiedziała mi, dlaczego, gdy byłam mała, wróciła ze mną do Anglii. Chciała, by miała rodzinę w jednym miejscu, a nie latała pomiędzy Polską, a Anglią. Do tego miała nadzieję, że tata pokocha ją znowu – bo ona nie mogła bez niego żyć. Doceniałam, co robiła dla mnie przez te wszystkie lata, naprawdę. Nie byłam pewna, czy  bym tak potrafiła.

-  Dobra – westchnęłam w końcu, a ręce opadły mi z bezsilności.

Niech ma i się cieszy, a skoro i tak wyjeżdżam, to mogę się tak poświęcić. Cynthia zaczęła skakać, jakby z nieba leciały banknoty dziecięciofuntowe, a ja uśmiechnęłam się, gdy wyobraźnia podsunęła mi ten obraz.

Moja przyjaciółka zatańczyła entuzjastyczny taniec radości, wykrzykując do każdego przechodzącego: „Mam najlepszą przyjaciółkę na świecie i co ty na to?!”. Nie mogła wytrzymać ze śmiechu, więc ludzie musieli mieć z nas niezły ubaw – widzieli ją tańczącą dziko i mnie pokładającą się po kamiennych schodach. Czasami byłyśmy dziwne.

Ale chyba podobieństwa się przyciągają bardziej nić przeciwieństwa.

- No to na kiedy mam być gotowa? – zapytałam, ocierając łzy śmiechu.

- Na dzisiaj – wyszeptała, jakby bała się, że jej słowa sprawią, że eksploduje mi głowa.

- Spoko – starałam się zatuszować, jak miałam już ich dosyć, a to był dopiero początek! – Gdzie?

- Mamy jechać do jakiejś stadniny o 16:00, bo Liam jeździ tam konno.

Od kiedy to Liam jeździł konno? Okej, nie znałam ich tak dobrze, ale Liam i koń?

Ścisnęło mnie w gardle. Uwielbiałam konie, nawet bardzo. Byłam mistrzynią dresażu, ale to jakieś dwa lata temu. Miałam wypadek przy pracy z młodziakiem – spłoszył się i poniósł, a potem potknął i runął na moją nogę swoim całym wielkim, prawie tonowy cielskiem, przygniatając ją i łamiąc w dwóch miejscach. Od tamtego czasu nie wsiadłam na konia i nie miałam pojęcia, czy to nastąpi w niedalekiej przyszłości. Jazda konna była dla mnie jak oddychanie – tylko, że mogłam bez niej żyć. Przynajmniej tak mi się zdawało. Jednak skrzywiła się, słysząc, gdzie mamy się z nimi spotkać, ale jak mus to mus…

- Okej, to jadę tylko do dom… znaczy hotelu – przyłapałam się na tym, że prawie powiedziałam „domu” – i zdzwonimy się co i jak.

- Przyjadę po ciebie, znaczy mój tata, bo on nas zawozi. – uściśliła Cynthia.

- I nie pytał, dlaczego chcesz jechać do stadniny?

- Powiedziałam, że koleżanka ma trening i chcę popatrzeć.

- A co z odwiezieniem?

- Louis nas odwiezie, już to załatwiłam – powiedziała z dumą w głosie – Już ich poznałam, znaczy, słyszałam przez telefon…

- Rozumiem – więcej mi do szczęścia nie było potrzebne – Chyba nie muszę zakładać sukienki?

- Koszula i kowbojki, co ty na to? – zapiała, obracając się wokół własnej osi.

Przytaknęłam, przeglądając w umyśle swoją szafę. Chyba coś takiego miałam… znaczy kowbojki na pewno, takie ciemnobrązowe, natomiast, jeśli chodzi o koszulę, to może być kiepsko, dlatego postanowiłam pożyczyć jakość od Cynthii. Gdy powiedziałam, jakie mam kowbojki, ona już wybrała dla mnie zieloną koszulę. Zieloną?! No nie będę narzekać, ale zielone są JEGO oczy.

Wróciłam do hotelu i ogarnęłam się. Mamy nie było, bo jeździła po adwokatach w sprawie rozwodu i jakoś niezbyt się mną przejmowała ostatnimi dniami, ale za to mogłam robić, co mi się żywnie podoba, na przykład… wskoczyć gdzieś z chłopakami z One Direction, yeahh…! Chyba każdy załapał moją ironię. Tak, to ja, Chloe, królowa wszelakiej ironii.

Pokłon przed jej wielkością, królową Chloe I Ironiczną.

Godzinę przed czasem Cynthia wparowała do mojego pokoju hotelowego, ubrana w piękną niebieską koszulę, jeansy, czarne kowbojki i granatową kurtkę, do której dopasowała czarne rękawiczki, szalik i czapkę.

Gdy spojrzałam na jej misternego koka, od razu zastanawiałam się ile musiała go robić. Z dobre pół godziny na pewno…

- Chodź, bo się spóźnimy! – zaświergotała, cała podekscytowana.

- Cynthia, jesteś jak klacz podczas rui – jęknęłam, ubierając kurtkę – Mamy jeszcze godzinę.

Cynthia zmarszczyła brwi.

- Klacz? Ruja? Skąd ty takie wyrazy bierzesz?

- Poradniki dotyczące koni, na przykład?

- A co to ma być ruja?

- Coś jak miesiączka – westchnęłam i dodałam, już ubrana – Jedziemy, czy nie?

- Taak! – zachichotała jak dziecko, Cynthia.

Miała wrażenie, że przez ten zespół kompletnie dziecinnieje, ale co ja mogłam na to poradzić?

Teraz zaprzątała mi głowę tylko jedna myśl – właśnie wybierałam się na „randkę” z moim przeznaczeniem.



------------------------------

Co ja bym dała, by spotkać chłopaków z 1D <3 Ale od tego ma się wyobraźnię :) Była mile zaskoczona tymi komentarzami, dlatego jestem ciekawa, czy dacie radę dać 10 komentarzy? Tyle osób odwiedza... ano, właśnie! Dziękuję za ponad 700 odwiedzin i to w tak krótkim czasie! Naprawdę to doceniam. :) A propo sondażu... wybrałyście Niall'a i dlatego aż się zdziwiłam.. bo to on od początku miał być chłopakiem Cynthii! Ta-dam.

Jeśli chcecie być powiadamiani o notkach, zostawiajcie adresu blogów i numery gg. :)

10.01.2012

Rozdział 3 "Forever and always"

- No co ty, nie zostawiaj mnie tutaj samej! – usta Cynthii wygięły się, w dobrze mi znaną podkówkę.

Zawsze tak robiła, gdy chciała wzbudzić we mnie poczucie winy. Uch, jak ja tego nienawidziłam! Patrząc na nią, westchnęłam, starając się poukładać to, co miałam w głowie w jakąś logiczną całość. Jednak zamiast w miarę sensownej wypowiedzi, tylko otworzyłam usta i nie wydałam żadnego dźwięku. Brawo, Chloe, to nazywa się umiejętność przemawiania.

- Proszę cię, tylko nie mów, że stało się coś takiego, jak w tych wszystkich łzawych komediach romantycznych: patrzycie sobie w oczy i nagle odkrywacie, że jesteście dla siebie idealnie stworzeni, jak dwie połówki tego samego jabłka, czy jakiegoś innego owocu… - wywód Cynthii przerwał mój telefon, wygrywając głośno Simple Plan The Last One Standing.

Podziękowałam mu w duchu, odbierając.

- Tak?

- Chloe, możesz wrócić do domu? To ważne.

Zdziwiłam się, słysząc jej głos, który wydawał się zmęczony, jakby nie spała kilka dni, ale z drugiej strony dziękowałam mamie, że mam teraz idealną wymówkę dla Cynthii.

- Pewnie, zaraz będę – rozłączyłam się i powiedziałam, że mama chce, bym wróciła.

Cynthia przygładziła sobie włosy i w końcu dała za wygraną. Pożegnała się ze mną uściskiem, a potem rozstałyśmy się idąc w przeciwne strony.

Nie mogłam domyślić się, dlaczego mama do mnie zadzwoniła z takim zapłakanym głosem – jak wychodziłam, miała bardzo dobry humor. To fakt, moja mama nigdy nie była łatwą kobietą, ale nie należała też do takich, które potrafią mieć kilkanaście huśtawek nastrojów w ciągu dwóch godzin! Czyli to oznaczało jedno – musiało się coś stać… coś naprawdę poważnego.

Poczekałam na przystanku piętnaście minut w przerażającym zimnie, jechałam z dwadzieścia minut autobusem do domu, a dojście na pod próg z przystanku w mojej dzielnicy zajęło mi kolejne dziesięć minut. Czyli sumując, by dostać się do domu, musiałam jechać czterdzieści pięć minut.

Całkowicie zmęczona, prawie wczołgałam się do domu. Zdjęłam ubranie wierzchnie, marząc jedynie o kubku gorącej czekolady z bitą śmietaną na wierzchu. Zawołałam mamę.

Cisza.

To mnie zaalarmowało. Weszłam głębiej do domu, zamykając frontowe drzwi na klucz. W kuchni stały dwie porcje obiadu, nadal ciepłe, ale nietknięte. Łazienki były puste, kantorek też. Ostatnim pomieszczeniem był salon. Już mocno zaniepokojona, przekroczyłam próg salonu, a to, co tam zastałam, sprawiło, że stanęłam jak wryta, nie mogąc wyksztusić ani słowa.

Szklany stolik został roztrzaskany na miliony drobnych kawałeczków, które walały się po podłodze. Wazon z kwiatami również się tam znajdował. Książki leżały wszędzie, a pojedyncze kartki walały się po meblach i nie tylko. Firany zostały zerwane, a w jedynym fotelu siedziała mama w pozycji embrionalnej, mając zakrytą twarz.

Podbiegłam do niej, dotykając ręką jej ramienia. Wzdrygnęła się i spojrzała na mnie. Rozmazany makijaż i łzy nigdy nie były dobrym połączeniem, szczególnie, gdy moja mama wyglądała jak napuchnięta.

- Mamo, co się stało? – zapytałam, próbując oczami ogarnąć bałagan.

- Twój ojciec myślał, że nas nie ma w domu i… - załkała, rozmazując się jeszcze bardziej – Przyszedł tu ze swoją asystentką…

Mama wybuchła płaczem, a ja mogłam dopowiedzieć sobie resztę. Sukinsyn!

- Dlatego też… - po kilku minutach mama odzyskała głos – Wyprowadzamy się z powrotem do Polski, tym razem na stałe.

Zamarłam, nie wierząc własnym uszom.

- CO?!

***

Teoretycznie wszystko zostawiałam w Anglii. Mimo, że cała zawartość mojego pokoju została przeniesiona do wielkich, kartonowych pudeł, które tylko czkały na ciężarówkę, najważniejsze wspomnienia, miejsca i osoby zostawały tam. To mnie dobijało. Cynthia, ST. James Park, mój dom ( o ile mogę go jeszcze tak nazywać) – to sprawiało, że dobrze czułam się w Londynie.

Miałyśmy przeprowadzić się po zakończeniu semestru, a święta spędzałyśmy już w Polsce u moich dziadków w Warszawie. Ech, stolica, można powiedzieć – ja jakoś nie miałam przekonania do Polski, a szczególnie do polskich miast. Może dlatego, że w głębi serca nadal byłam angielką? Tak czy owak, Warszawa była moim miejscem docelowym. Podałam już Cynthii adres, gdy tylko dowiedziałam się, że nie wrócę do Anglii przez najbliższe trzy lata. Musiałabym najpierw stać się pełnoletnia i zacząć studia na lingwistyce, by dostać się na wymianę międzykrajową.

Starałyśmy się spędzać z Cynthią jak najwięcej czasu. Ile tylko się dało. Ona żartowała nawet, że spakuje się i przeprowadzi razem ze mną. Mimo, że mówiłyśmy to na poły serio, wiedziałam, że ona byłaby do tego zdolna. Gdyby tylko znała polski, chociaż w podstawowym stopniu… Też będę za nią tęsknić…

Tydzień przed gwiazdką siedziałyśmy na schodach prowadzących do Brithish Museum z pralinkową mochą ze Starbucksa – nie dla szpanu, tylko po prostu uwielbiałam ich kawę. Nie mówiłyśmy zbyt wiele. Żadna z nas nie miała nastroju. Ja wylatywałam za cztery godziny – co mnie kompletnie dołowało. Ona nie mogła powstrzymać łez z tego samego powodu, co ja.

- Wiesz – zaczęła cicho – Po koncercie One Direction, podszedł do mnie Harry i zapytał czy mam facebook’a. Rozumiesz to? ON! Dopiero potem okazało się, że chodziło mu o „rudą koleżankę”.

- Wcale nie jestem ruda – burknęłam – Moje włosy są brązowe…

- Tak, tak, wiem – westchnęła Cynthia – W każdym razie chwilę potem dostałam od ciebie sms’a, że się wyprowadzasz. Gdy mu o tym powiedziałam, zapytał tylko gdzie. Gdy się dowiedział, to spuścił głowę i poszedł…

- A ja mam wywnioskować z tego, że…? – upiła łyk kawy.

- Że to, co mi opowiedziałaś z tym waszym „spotkaniem się oczu” może być prawdą – Cynthia wzruszyła ramionami – Dlatego dała mu swój numer telefonu…

Zakrztusiłam się pitą kawą i zaczęłam kaszleć gorzej niż nałogowy palacz. Przechodząca obok nas kobieta spojrzała na nieodgadnionym wzrokiem. Miałam w nosie to, że wszyscy przechodzący patrzą na nas.

- Co zrobiłaś?! – wydarłam się jak głupia, a grupa rozchichotanym trzynastolatek strzeliła w nas powłóczystym spojrzeniem – A wy czego się gapicie?! – warknęłam na nie i uciekły jak stado gąsek, szepcąc coś do siebie.

Cynthia westchnęła, przewróciła oczami i oparła łokcie na swoich kolanach, mrucząc coś pod nosem, zapewne komentarz do mojego zachowania. Starała się mnie uspokoić, ale jak mogłam być spokojna, po tym, co zrobiła?! Wstałam, odłożyłam kubek na schodek i zaczęłam się przechadzać się w tą i z powrotem.

- To teraz chyba nieważne, skoro i tak wyjeżdżam… - rzekłam, ignorując szybkie bicie serca, gdy tylko sobie o Nim przypomniałam – Poza tym, na ile nasze oczy się potkały? Kilka sekund? To o niczym nie świadczy…

Wtedy Cynthia zrobiła minę, jakby wszystko było jasne. Uniosła wysoko brwi i otworzyła usta.

- Po prostu boisz się przyznać, że coś was połączyło i tyle – uparła się jak osioł i nie dawała za wygraną.

Nie chciałam się z nią sprzeczać, szczególnie, że niedługo wyjeżdżałam. Spojrzałam na swoją rękę, na którą zleciał płatek śniegu i od razu się roztopił. Wtedy też moją uwagę zwrócił pierścionek w kształcie pączka z lukrem i posypką, który kupiłam kiedyś w wesołym miasteczku – kompletna tandeta, ale zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Cynthii on zawsze się podobał, a skoro ja miałam wyjechać, prawie na zawsze… Zdjęłam go z palca i skierowałam wzrok na moją przyjaciółkę, siorbiącą mochę na tych na poły ośnieżonych schodach British Museum i coś ścisnęło mnie w gardle. Dotarło do mnie, że chcę, by chociaż część mnie została przy niej w Londynie… Zdjęłam go w palca i włożyłam w jej ciepłe od kawy dłonie.

One patrzyła to na mnie, to na pierścionek, nieodgadnionym wzrokiem, po czym przytuliła mnie tak mocno, że aż kawa, którą trzymała w ręce, niebezpiecznie przechyliła się w moją stronę.

- Ja się tu duszę! – ledwo wyszeptałam, słysząc, jak zbiera się jej na płacz.

- Dlaczego mi to dajesz, Chloe, przecież ty nigdy nie rozstajesz się ze swoim szczęśliwym pączkiem! – już płakała, super.

Nie lubiłam łzawych chwil.

- Cynthia, tusz ci się rozmaże – to zawsze działało.

Tak się też stało tym razem. Cynthia odsunęła się ode mnie i zaczęła poprawiać sobie makijaż, delikatnie, uważając, by nie zatrzeć za dużo podkładu. Cała Cynthia. Tego też będzie mi brakować…

- Forever and always, Cynthia, pamiętaj – szepnęłam, gdy mnie przytuliła ponownie, ale w miarę lekko.

- Till world’s end – zawtórowała mi przyjaciółka.

I nic więcej nie trzeba było mówić.



--------------------
Wow, z każdym umieszczanym postem jest więcej odwiedzin...Szkoda tylko, że nie komentarzy :( Umieszczam następny rozdział tylko, jeśli będę trzy komentarze, to chyba nie jest wcale tak dużo, nie? :)
PS. Jestem strasznie zaciekawiona wynikiem sondy, gdyż na razie dopasowałam Cynthię do jakiegoś członka zespołu i jestem ciekawa, co wy wymyślicie :)

05.01.2012

Rozdział 2: "Złączyła nas dziwna, magiczna siła…"

W tle rozległy się pierwsze nuty ich chyba najbardziej znanego utworu What Makes You Beautiful i nagle zapadła grobowa cisza, która wydawała się jeszcze bardziej dziwaczna niż poprzednie wrzaski, miażdżące czaszki i dziurawiące bębenki.
Miałam szczerą nadzieję, że to koniec, ale gdy tylko jeden z nich zaczął śpiewać, tłumy wrzasnęły z podwojoną siłą. Niestety, nie zdążyłam zatkać uszu i zmieszały mi się różne słowa, ale większość wykrzykiwała imiona swoich ulubionych członków zespołu. Biedaczki, one chyba naprawdę myślały, że któryś z nich zwróci na nie uwagę. Ja nie liczyłam na zbyt wiele, szczególnie, że nie byłam ich „namiętną” (jak to zawsze określa moja pani od angielskiego) fanką. Jednak, patrząc, jak występują przed publicznością, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że dają z siebie wszystko.
Skakali po scenie, jakby chodzili po rozżarzonych węglach i od razu przypomniał mi się pewien dokument o afrykańskich plemionach. Wyobraziłam ich sobie w Afrykańskich przepaskach, dziwnych wisiorkach i z malunkami (akurat każdy miał jakieś dziwne esy-floresy, przypominające z bliska gąsienice) na ciele. Nie mogłam powstrzymać chichotu – czasami moja wyobraźnia była aż nazbyt bujna. Syknęłam z bólu, gdy Cynthia, oczywiście specjalnie, nadepnęła mi na stopę. Z oczach zebrały mi się łzy, ale nic nie powiedziałam, tylko spojrzałam na nią wymownie, z lekkim poirytowaniem. Nie chciałam już zamęczać jej moją nader atrakcyjną wizją, więc stałam i starałam się odgadnąć, co Cynthia w nich widzi…
Zanim jednak cokolwiek zobaczyłam, Cynthia dała mi znać, bym nie stała jak kłoda, podczas, gdy wszyscy chociaż udają, że tańczą, ale prawda była taka, że nie potrafiłam tańczyć. Chociaż lubiłam, jak trochę więcej wypiłam. Powiedzmy, że umiejętność to jedno, a talent to drugie. Więc po prostu przystępowałam z nogi na nogę, co satysfakcjonowało Cynthię w wystarczającym stopniu i dała mi spokój. Dzięki czemu mogłam się lepiej przyjrzeć naszym „cudom”.
Przesuwałam leniwie wzrokiem po każdym z nich. Pierwszy pod mój obstrzał trafił, czarnowłosy chłopak z ciemną karnacją. Chyba nazywał się Zayn, ale nie byłam pewna. W każdym razie śpiewał dobrze, miał lekką chrypkę (uwielbiałam tą cechę u piosenkarzy) i wyglądał na kogoś, kto naprawdę dba o swój wygląd.
Następny był niebieskooki blondyn, trzymający gitarę – od razu zarobił u mnie dodatkowe punkty. Fakt, nigdy nie potrafiłam grać na gitarze, ale uwielbiałam jak chłopak potrafił! A do tego, coś w jego oczach sprawiało, że serce jak i nogi miękły…
Trzeci był, jakby to ujęła Cynthia „boskonieziemskicukierek” (tak, pisane razem, żeby nie było – ona czasami łączyła kilkanaście słów, by wyrazić swój zachwyt – gorzej jednak dla tego, kto to czyta, bo jak mówiła, to jeszcze dało się odszyfrować słowa…) i do tego, miał lekko kręcone, brązowe włosy i o kilka tonów ciemniejsze oczy. Wydawał się maksymalnie wyluzowany.
Kolejny dostał ode mnie oklaski ( w głowie, oczywiście) za nieziemskie, czerwone spodnie. Wyglądał w nich bosko. Nie mogłam pozbyć się jednak jakiegoś dziwnego uczucia, że jego fryzura przypomina mi uczesanie Justina Biebera – chociaż ten tu miał włosy bardziej zmierzwione i pocieniowane. I on posiadał hipnotyzujące, niebieskie oczy, a gdy śpiewał, widać było, że traktuje to jak zabawę.
Przeniosłam wzrok na ostatniego… i czułam jak moje myśli ulatują jak tysiące motyli. Zapomniałam, kim jestem, po co tu jestem i jak się nazywam. Liczyły się tylko jego zielone oczy, hipnotyzujące z każdą sekundą coraz mocniej. Jego kręcone włosy okalały jego twarz – twarz anioła – z zadziornością, ale także łagodnością. Wstrzymałam oddech, nie mogąc wydusić z siebie nic. Zupełnie jakby ktoś wyrwał mi język z ust. To było tak ogniste, jak muśnięcie płomieni, tak podniecające jak jego dłoń dotykająca mojej dłoni, tak zapierające dech w piersiach jak najpiękniejszy krajobraz. Przez chwilę czas się zatrzymał. Nasz oczy – jego zniewalająco zielone – i moje – czarne jak bezdenny ocean – spotkały się na moment. To był chyba najcudowniejszy moment w moim życiu – żołądek związał mi się na supeł, oddech przyśpieszył – zupełnie jak w tych starych komediach romantycznych… wszystko skupiło się na nas, jakby nic innego się nie liczyło. Miałam wrażenie, że złączyła nas dziwna, magiczna siła…
Ocknęłam się, gdy doszło do mnie, jakie to głupie. Przecież nawet nie lubię One Direction. Dlaczego więc miałabym się zauroczyć, tym no… i nawet nie pamiętałam jego imienia! Genialnie, Chloe!
- A teraz zapraszamy na scenę pięć uroczych fanek! – rzekł Zayn.
Stanęłam jak wryta, gdy to usłyszałam i jak najszybciej spuściłam wzrok z chłopaka. Rozejrzałam się w gorączce – rzeczywiście chłopacy podeszli do krańców sceny i wyciągali ręce do fanek, by pomóc im wejść. Damnit! Dlaczego musiałam stać pod samą sceną? Przeklęta Cynthia…
Serce stanęło mi, gdy podszedł do mnie ten anioł z kręconymi włosami.
Okej, nie anioł, starałam sobie wyperswadować, Jest jedynie TROCHĘ przystojny, a do tego wcale go nie znam. Tak, nie znam!
Pewna siebie, już mniej przestraszona tym, że on podchodzi coraz bliżej, mimo wszystko spuściłam głowę. O tak, nie ma to jak być pewną siebie! Nigdy nie potrafiłam się zripostować, nie potrafiłam tańczyć, nie potrafiłam flirtować. I nie wierzyłam w te cholerne przeznaczenie.
Gdy zobaczyłam jego rękę wyciągniętą w moją stronę, mimowolnie spojrzałam mu w oczy. Uśmiechnął się słodko, a ja poczułam, że nogi mi miękną, jakby były z waty. Spojrzałam jak idiotka na jego rękę, a Cynthia z westchnięciem popchnęła mnie, bym ją przyjęła, co też uczyniłam. Z jego pomocą dostałam się w światła reflektorów, które prawie powaliły mnie swoją mocą – teraz zrozumiałam, dlaczego gwiazdy tak często noszą okulary.
Chłopacy pokazali nam jakieś kroki, a ja usilnie starałam się zignorować stojącego strasznie blisko, Anioła (stwierdziłam, że mogę go tak nazywać zastępczo, póki nie przypomnę sobie jego imienia) – więc skupiłam się na prostym układzie. Znaczy, prostym, ale tylko dla tych, którzy potrafią tańczyć. Śmiałam się z siebie, że mylę nogi lub wyobraziłam sobie, jak depczę wszystkim po palcach. Wtedy też czyjeś delikatne ręce skorygowały mój błąd w kroku.
Czułam, jakby poraził mnie prąd, gdy jego palce dotknęły przez przypadek mojej skóry. Koszulka musiała w jakiś magiczny sposób podwinąć się (magiczny to magiczny, poczułabym, gdyby sam mi ją podciągnął!), pewnie przez moje „dzikie” pląsy. Podskoczyłam, prawie wpadając na inną fankę, gdy nagle usłyszałam:
- Nie ta noga.
Ten głos, blisko mojego ucha, ta niesamowita bliskość…
- Będę już wiedziała, dziękuję. – starałam się, by głos mi nie zadrżał, ale chyba niezbyt mi to wyszło.
- Proszę… - jednocześnie miałam ochotę, by coś dodał, ale druga ja szeptała do niego, jak zaklęcie: „Idź sobie, no idź!”
Naprawdę nie miałam pojęcia, której z nich słuchać… Tańczyliśmy dalej, a ja zerknęłam na lokowanego członka zespołu, próbując przypomnieć sobie jego imię, jednak bezskutecznie. On widzą, że patrzę na niego w skupieniu (pewnie przy okazji robiąc tą swoją dziwną minę, jakbym siedziała na toalecie), nadal śpiewając, uśmiechnął się. Czułam, jak policzki przybierają barwę dojrzałego pomidora, więc odwróciłam wzrok. To pewnie przez słabość do zielonych oczu…
Co jak gadam?!
Zaczęła lecieć inna piosenka, Everything About You. Fanki piszczały coraz głośniej. W pewnym momencie oni przestali śpiewać na refrenie, by usłyszeć głos fanek. Trochę fałszowały, ale wtedy doszła do mnie ich siła. Razem potrafiły nie tylko wstawić się za swoimi idolami, ale także… doszczętnie ich stratować w napadzie miłości.
Skończyła się druga piosenka (tak szybko?) i chłopcy zaczęli nam klaskać.
- Podziękujmy naszym tancerkom i pożegnajmy ich gromkimi brawami! Dobra robota dziewczyny! – Louis (tak, dobrze, że chociaż jedno imię mi się przypomniało) wskazał nam schody, żebyśmy bezpiecznie mogły zejść ze sceny.
Całe centrum handlowe zaczęło nam klaskać. Stwierdziłam, że już dosyć i tak wyglądam jak burak, więc zrobiłam krok w stronę schodów. Poczułam muśnięcie ciepłych, dobrze znanych mi palców. Obróciłam się machinalnie i zobaczyłam jego lekko uniesioną rękę. Gdy zobaczył, że go widzę, uśmiechnął się (który raz z rzędu?!) i pomachał mi lekko. Zrobiłam wdech i tylko posłałam mu krótki uśmiech. Przepchnęłam się ponownie do Cynthii, która od razu zaatakowała mnie pytaniami, posyłanymi z prędkością pocisku przez karabin maszynowy:
- I co, fajni są? Bardzo przystojni z bliska? Widziałam, że Harry się do ciebie uśmiecha!
Ach, no tak! On miał na imię Harry! Dlaczego wydawało mi się, że Henry… Haha, Henry brzmi tak królewsko, dostojnie i oficjalnie. Mimo, że w królewskiej rodzinie jest teraz Harry. Chyba zamuliłam z tym porównaniem do rodziny królewskiej.
Spuściłam wzrok przypominając sobie, jak nasze oczy się spotkały i chwyciłam Cynthię za nadgarstek. Odgarnęłam włosy z buraczo czerwonej twarzy i pociągnęłam ja, mimo protestów, z dala od sceny. Próbowała mi się wyrwać, ale ja byłam zbyt zszokowana, tym co się stało, pozwolić jej odejść.
W końcu stanęłyśmy w korytarzu, gdzie nie było prawie nikogo. Opowiedziałam Cynthii o moim nagłym olśnieniu, ale miała wrażenie, że ona mnie nie słuchała.
- Taa, fajnie  - podsumowała -  Możemy już iść z powrotem?
Prychnęłam.
- Cynthia, czy ty w ogóle mnie słuchasz?
- Tak, mówiłaś o swoim nagłym olśnieniu – wydawała się podwójnie wkurzona – A teraz wracajmy, co?
- Ja nie wracam, nie po tym – chwyciłam szalik i owinęłam wokół szyi.
Miałam tylko jedno życzenie – znaleźć się jak najdalej stąd.


------------------------------
Dziękuję za tyle wejść <3 Nie spodziewałam się tego. Jednak mam nadzieję, że będziecie też komentować - czasami komentarze mają wpływ na rozwój wydarzeń. :)

04.01.2012

Rozdział 1 : "One Direction? To jakiś nowy sklep?"

- Prooszę, Chloe! – moja przyjaciółka Cynthia zrobiła swoje szczenięce oczka, próbując mnie złamać.
Westchnęłam i nawet na nią nie patrząc, chwyciłam rękę parę moich znoszonych, czarnych Conversów. Cynthia zachichotała jak mała dziewczynka, klasnęła w dłonie i przytuliła mnie z całej siły, zapewne łamiąc mi przy tym żebra w kilku miejscach. Odetchnęłam, próbując ją od siebie odepchnąć.
- Okej, starczy! – jęknęłam, czując jej długie paznokcie wbijające się w moje plecy do krwi. Mogłaby je wreszcie spiłować.
W końcu, nie wiem, jakim cudem, udało mi się wyswobodzić z jej uścisku.
- Ale będzie fajnie, zobaczysz! – Cynthia po prostu nie mogła ukryć swojej wielkiej ekscytacji, która, gdyby była rzeczą materialną, eksplodowałaby w pokoju niczym bomba – Nie codziennie w zwykłym centrum handlowym gra taki zespół jak One Direction!
- Cynthia… to tylko boysband. – uniosłam jedną brew ku górze, zakładając trampki.
Obwiązałam kostki za długimi sznurowadłami i wepchnęłam ich końce do środka Conversów, by nie wlały się wszędzie, zwiększając ryzyko potknięcia się o nie. Gdy podniosłam głowę, zobaczyłam, że Cynthia napowietrzyła się tak, jakbym stwierdziła właśnie, że Johnny Depp nie jest przystojny. Albo, że jest najgłupsza na świecie i nie umie odróżnić brudno niebieskiego od gołębiego, – chociaż sama nie miałam pojęcia o różnicach. Zrobiła się przy tym taka czerwona, że przypominała kolorem moje mp4, co kontrastowało z jej włosami koloru bardzo jasnego brązu.
Pociągnęłam ją za rękaw, by dać znać, że możemy ruszać. Ona wypuściła powietrze i jej twarz odzyskała normalny koloryt. Zbiegłyśmy z łoskotem po stromych schodach, co zaalarmowało moją mamę, która wróciła tego dnia wcześniej z pracy. Wychyliła głowę z kuchni, trzymając w ręce łyżkę ubrudzoną jasnym sosem – pewnie znowu robiła spaghetti.
Niezbyt mnie to dziwiło. Mama była w połowie włoszką, w połowie polką, a jej rodzice (moi dziadkowie) mieszkali w Polsce. Miała typową, polską urodę, ale włoski, ognisty temperament, który w pewnym stopniu został u mnie przytłumiony przez mieszkanie w Anglii i przebywanie z spokojnymi anglikami. Tata tu się urodził, tak samo jak jego rodzice. Rodowód mieli iście angielski. Jak również angielskie poczucie humoru…
Co do mnie, to płynnie mówiłam po polsku i angielsku. Włoskiego nigdy się nie uczyłam, ale za to potrafiłam się porozumieć po hiszpańsku – jeśli chodziło o zapytanie, która godzina, szukanie drogi i zamawianie w restauracji – jednak nie był to mój ulubiony język. Kochałam angielski i nie potrafiłam się go wyrzec nawet na rzecz polskiego. Fakt, że dużą część dzieciństwa spędziłam w Polsce (gdy rodzice byli w separacji, ale potem, prawie po czterech latach stwierdzili, że nie mogą o sobie zapomnieć), więc miałam go w małym paluszku. Fakt był faktem – mówiąc po angielsku nie potrafiłam się wyzbyć polskiego akcentu. Denerwowało mnie to. Wolałam mieć typowo przeciągły, brytyjski akcent.
Mieszkaliśmy z rodzicami, (którzy przez siedemnaście lat nie raczyli mnie zaskoczyć żadnym rodzeństwem) na obrzeżach Londynu. Londyn był moim miastem. Ukochanym, jedynym, do którego mogłam wracać tysiące razy, gdziekolwiek się znajdywałam i jak daleko. Pamiętałam na pamięć jego każdą boczną uliczkę, każdy brudny i zaśmiecony zaułek. Zwiedziłam większość muzeów i galerii, zrobiłam jego tysiące zdjęć, które wisiały na całej ścianie mojego pokoju w kolażu.
Mama pomachała łyżką, mając pełne usta. Chciała się w ten sposób zapytać, gdzie idziemy.
- Do centrum handlowego, zobaczyć One Direction, proszę pani – oznajmiła Cynthia ze świecącymi się oczami, dobrze odczytując nieme pytanie.
Mama połknęła sos.
- One Direction? To jakiś nowy sklep? – spytała mama, unosząc wysoko brwi.
Zachichotałam, widząc usta Cynthii wygięte w podkówkę. Zupełnie jak dziecko…
- To boysband, mamo. – wyjaśniłam jej – Taki współczesny N’Sync.
- Aach! W takim razie bawcie się dobrze, tylko nie wracaj zbyt późno! Jutro jest szkoła – przypomniała mi mama, oblizując czubek łyżki – Za mało bazylii…
Opatuliłam się szalikiem, który zdjęłam z wieszaka. Założyłam kurtkę, a w kieszeń rurek włożyłam telefon. I byłam gotowa na wyjście. Nie chciało mi się myśleć o szkole, szczególnie, że niedługo miał być koniec semestru. Za dwa tygodnie święta, potem nowy rok… Tyle brakowało do moich upragnionych letnich wakacji! Dlaczego one zawsze tak szybko mijają? Wakacje w Londynie nigdy nie były zbyt upalne, ale jednak słońce grzało trochę mocniej niż normalnie. I nawet tyle nie padało.
Gdy wyszłam z cieplutkiego domku, po twarzy dostałam z zimnego podmuchu wiatru ze śniegiem. Dostałam drgawek, brodząc w śniegu do kostek. Cynthia od razu przykryła swojego idealnego warkocza kapturem – miała obsesję na punkcie swojej fryzury. To było dziwne, a czasami nawet przerażające, w pewnych sytuacjach.
Cynthia zachybotała się w swoich botkach na koturnie, gdy stanęła na zamarzniętej kałuży. Przytrzymałam ją pod ramię, by nie wywaliła się jak długa na chodniku i ruszyłyśmy na przystanek autobusowy. Miałyśmy szczęście – akurat, gdy dotarłyśmy, pojazd „przybił do portu”.
Wsiadłyśmy i mimo śnieżycy, dotarłyśmy do centrum handlowego w piętnaście minut. Wchodziły do niego tłumy rozchichotanych dwunasto i trzynastolatek. Westchnęłam błagalnie, patrząc na, Cynthię, która parła do przodu, przedzierając się przez małolaty. Nie pozostało mi nic innego, jak podążać za nią, by nie zgubić się w tym tłumie. W środku okazał się, że wszystkie korytarze zostały opanowane przez dziewczynki (tak, dziewczynki, nie dziewczyny) z plakatami, lalkami i koszulkami z logo One Direction. Spojrzałam wymownie w sufit. Już wyobrażałam sobie jak śmiesznie wyglądamy pośród nich, przy scenie, jednak mojej przyjaciółce najwyraźniej to nie przeszkadzało.
Rozebrałyśmy się z kurtek, stojąc wśród młodszych pokoleń. Pocieszające było to, że nie tylko my wyróżniałyśmy się i wiekiem i wzrostem. Ale jednak wyglądałyśmy „rozkosznie” pośród małych chichotek. Piętnaście minut ( jak nie więcej) zajęło nam dostanie się pod scenę, a tam, rozebrałyśmy się z kurtek, bo w tłumie robiło się naprawdę gorąco. Spojrzałam na wielki transparent, wiszący nad sceną, z nazwą zespołu i okładką ich (jak na razie jedynej) płyty. Pod nią, trochę mniejszym drukiem dopisek: ”Do kupienia tylko w dobrych sklepach muzycznych”.
To Cynthia była ich szaloną fanką, nie ja. Przesłuchałam płytę tego zespołu (nie będę mówić boysband, bo Cynthia obrazi się na mnie na wieki) nie raz i fakt pozostawał faktem – wszystkie utwory BARDZO wpadały w ucho. Chyba tego oczekuje się od pop-u, co nie? Do tego, każdy tekst o miłości… komercja, ach ta komercja. Biedne fanki są do tego stopnia zauroczone całą piątką, że myślą, że każde pojedyncze słowo tekstów jest skierowanie do nich. Od zawsze było wiadomo, że teksty o miłości sprzedają się najlepiej – nieważne, czy o szczęśliwej, czy nieszczęśliwej. Błagam. Moimi ulubionymi piosenkami (mimo kiczowatych tekstów) były: What Makes You Beautiful, Save You Tonight, Tell Me A Lie, Moments i Everyting About You.
Na scenę wskoczył jakiś gość w pstrokatym garniturze i z fryzurą na ulizanego mopsa – nie miałam pojęcia, z czego śmiać się najpierw, więc stwierdziłam, że najlepiej się zaśmiać raz, a porządnie.
- Witam wszystkich! Dzisiaj mamy zaszczyt gościć w naszym centrum handlowym bardzo wyjątkowy zespół! Proszę, powitajmy gorącymi oklaskami One Direction!
Dziewczynki wydały jednogłośny pisk i na scenę wparowała cała piątka. Po oczach uderzyły mnie mega jasne reflektory (nawiasem mówiąc, ciekawe jak wytrzymywali w takim świetle po kilka godzin?), a obok mnie Cynthia zaczęła klaskać jak najęta, piszcząc nie ciszej od swoich młodszych koleżanek.
Miałam ochotę zasłonić jej usta ręką. Ewentualnie chusteczką. Ewentualnie udusić ją.
Westchnęłam i pomyślałam: „Zaczęło się.


------------------

O Boże, myślałam, że nigdy go już nie napiszę, ale udało się :D Chyba nie jest aż taki zły, naprawdę się nad nim nasiedziałam. Komentujcie, jeśli się podoba ^^