10.01.2012

Rozdział 3 "Forever and always"

- No co ty, nie zostawiaj mnie tutaj samej! – usta Cynthii wygięły się, w dobrze mi znaną podkówkę.

Zawsze tak robiła, gdy chciała wzbudzić we mnie poczucie winy. Uch, jak ja tego nienawidziłam! Patrząc na nią, westchnęłam, starając się poukładać to, co miałam w głowie w jakąś logiczną całość. Jednak zamiast w miarę sensownej wypowiedzi, tylko otworzyłam usta i nie wydałam żadnego dźwięku. Brawo, Chloe, to nazywa się umiejętność przemawiania.

- Proszę cię, tylko nie mów, że stało się coś takiego, jak w tych wszystkich łzawych komediach romantycznych: patrzycie sobie w oczy i nagle odkrywacie, że jesteście dla siebie idealnie stworzeni, jak dwie połówki tego samego jabłka, czy jakiegoś innego owocu… - wywód Cynthii przerwał mój telefon, wygrywając głośno Simple Plan The Last One Standing.

Podziękowałam mu w duchu, odbierając.

- Tak?

- Chloe, możesz wrócić do domu? To ważne.

Zdziwiłam się, słysząc jej głos, który wydawał się zmęczony, jakby nie spała kilka dni, ale z drugiej strony dziękowałam mamie, że mam teraz idealną wymówkę dla Cynthii.

- Pewnie, zaraz będę – rozłączyłam się i powiedziałam, że mama chce, bym wróciła.

Cynthia przygładziła sobie włosy i w końcu dała za wygraną. Pożegnała się ze mną uściskiem, a potem rozstałyśmy się idąc w przeciwne strony.

Nie mogłam domyślić się, dlaczego mama do mnie zadzwoniła z takim zapłakanym głosem – jak wychodziłam, miała bardzo dobry humor. To fakt, moja mama nigdy nie była łatwą kobietą, ale nie należała też do takich, które potrafią mieć kilkanaście huśtawek nastrojów w ciągu dwóch godzin! Czyli to oznaczało jedno – musiało się coś stać… coś naprawdę poważnego.

Poczekałam na przystanku piętnaście minut w przerażającym zimnie, jechałam z dwadzieścia minut autobusem do domu, a dojście na pod próg z przystanku w mojej dzielnicy zajęło mi kolejne dziesięć minut. Czyli sumując, by dostać się do domu, musiałam jechać czterdzieści pięć minut.

Całkowicie zmęczona, prawie wczołgałam się do domu. Zdjęłam ubranie wierzchnie, marząc jedynie o kubku gorącej czekolady z bitą śmietaną na wierzchu. Zawołałam mamę.

Cisza.

To mnie zaalarmowało. Weszłam głębiej do domu, zamykając frontowe drzwi na klucz. W kuchni stały dwie porcje obiadu, nadal ciepłe, ale nietknięte. Łazienki były puste, kantorek też. Ostatnim pomieszczeniem był salon. Już mocno zaniepokojona, przekroczyłam próg salonu, a to, co tam zastałam, sprawiło, że stanęłam jak wryta, nie mogąc wyksztusić ani słowa.

Szklany stolik został roztrzaskany na miliony drobnych kawałeczków, które walały się po podłodze. Wazon z kwiatami również się tam znajdował. Książki leżały wszędzie, a pojedyncze kartki walały się po meblach i nie tylko. Firany zostały zerwane, a w jedynym fotelu siedziała mama w pozycji embrionalnej, mając zakrytą twarz.

Podbiegłam do niej, dotykając ręką jej ramienia. Wzdrygnęła się i spojrzała na mnie. Rozmazany makijaż i łzy nigdy nie były dobrym połączeniem, szczególnie, gdy moja mama wyglądała jak napuchnięta.

- Mamo, co się stało? – zapytałam, próbując oczami ogarnąć bałagan.

- Twój ojciec myślał, że nas nie ma w domu i… - załkała, rozmazując się jeszcze bardziej – Przyszedł tu ze swoją asystentką…

Mama wybuchła płaczem, a ja mogłam dopowiedzieć sobie resztę. Sukinsyn!

- Dlatego też… - po kilku minutach mama odzyskała głos – Wyprowadzamy się z powrotem do Polski, tym razem na stałe.

Zamarłam, nie wierząc własnym uszom.

- CO?!

***

Teoretycznie wszystko zostawiałam w Anglii. Mimo, że cała zawartość mojego pokoju została przeniesiona do wielkich, kartonowych pudeł, które tylko czkały na ciężarówkę, najważniejsze wspomnienia, miejsca i osoby zostawały tam. To mnie dobijało. Cynthia, ST. James Park, mój dom ( o ile mogę go jeszcze tak nazywać) – to sprawiało, że dobrze czułam się w Londynie.

Miałyśmy przeprowadzić się po zakończeniu semestru, a święta spędzałyśmy już w Polsce u moich dziadków w Warszawie. Ech, stolica, można powiedzieć – ja jakoś nie miałam przekonania do Polski, a szczególnie do polskich miast. Może dlatego, że w głębi serca nadal byłam angielką? Tak czy owak, Warszawa była moim miejscem docelowym. Podałam już Cynthii adres, gdy tylko dowiedziałam się, że nie wrócę do Anglii przez najbliższe trzy lata. Musiałabym najpierw stać się pełnoletnia i zacząć studia na lingwistyce, by dostać się na wymianę międzykrajową.

Starałyśmy się spędzać z Cynthią jak najwięcej czasu. Ile tylko się dało. Ona żartowała nawet, że spakuje się i przeprowadzi razem ze mną. Mimo, że mówiłyśmy to na poły serio, wiedziałam, że ona byłaby do tego zdolna. Gdyby tylko znała polski, chociaż w podstawowym stopniu… Też będę za nią tęsknić…

Tydzień przed gwiazdką siedziałyśmy na schodach prowadzących do Brithish Museum z pralinkową mochą ze Starbucksa – nie dla szpanu, tylko po prostu uwielbiałam ich kawę. Nie mówiłyśmy zbyt wiele. Żadna z nas nie miała nastroju. Ja wylatywałam za cztery godziny – co mnie kompletnie dołowało. Ona nie mogła powstrzymać łez z tego samego powodu, co ja.

- Wiesz – zaczęła cicho – Po koncercie One Direction, podszedł do mnie Harry i zapytał czy mam facebook’a. Rozumiesz to? ON! Dopiero potem okazało się, że chodziło mu o „rudą koleżankę”.

- Wcale nie jestem ruda – burknęłam – Moje włosy są brązowe…

- Tak, tak, wiem – westchnęła Cynthia – W każdym razie chwilę potem dostałam od ciebie sms’a, że się wyprowadzasz. Gdy mu o tym powiedziałam, zapytał tylko gdzie. Gdy się dowiedział, to spuścił głowę i poszedł…

- A ja mam wywnioskować z tego, że…? – upiła łyk kawy.

- Że to, co mi opowiedziałaś z tym waszym „spotkaniem się oczu” może być prawdą – Cynthia wzruszyła ramionami – Dlatego dała mu swój numer telefonu…

Zakrztusiłam się pitą kawą i zaczęłam kaszleć gorzej niż nałogowy palacz. Przechodząca obok nas kobieta spojrzała na nieodgadnionym wzrokiem. Miałam w nosie to, że wszyscy przechodzący patrzą na nas.

- Co zrobiłaś?! – wydarłam się jak głupia, a grupa rozchichotanym trzynastolatek strzeliła w nas powłóczystym spojrzeniem – A wy czego się gapicie?! – warknęłam na nie i uciekły jak stado gąsek, szepcąc coś do siebie.

Cynthia westchnęła, przewróciła oczami i oparła łokcie na swoich kolanach, mrucząc coś pod nosem, zapewne komentarz do mojego zachowania. Starała się mnie uspokoić, ale jak mogłam być spokojna, po tym, co zrobiła?! Wstałam, odłożyłam kubek na schodek i zaczęłam się przechadzać się w tą i z powrotem.

- To teraz chyba nieważne, skoro i tak wyjeżdżam… - rzekłam, ignorując szybkie bicie serca, gdy tylko sobie o Nim przypomniałam – Poza tym, na ile nasze oczy się potkały? Kilka sekund? To o niczym nie świadczy…

Wtedy Cynthia zrobiła minę, jakby wszystko było jasne. Uniosła wysoko brwi i otworzyła usta.

- Po prostu boisz się przyznać, że coś was połączyło i tyle – uparła się jak osioł i nie dawała za wygraną.

Nie chciałam się z nią sprzeczać, szczególnie, że niedługo wyjeżdżałam. Spojrzałam na swoją rękę, na którą zleciał płatek śniegu i od razu się roztopił. Wtedy też moją uwagę zwrócił pierścionek w kształcie pączka z lukrem i posypką, który kupiłam kiedyś w wesołym miasteczku – kompletna tandeta, ale zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Cynthii on zawsze się podobał, a skoro ja miałam wyjechać, prawie na zawsze… Zdjęłam go z palca i skierowałam wzrok na moją przyjaciółkę, siorbiącą mochę na tych na poły ośnieżonych schodach British Museum i coś ścisnęło mnie w gardle. Dotarło do mnie, że chcę, by chociaż część mnie została przy niej w Londynie… Zdjęłam go w palca i włożyłam w jej ciepłe od kawy dłonie.

One patrzyła to na mnie, to na pierścionek, nieodgadnionym wzrokiem, po czym przytuliła mnie tak mocno, że aż kawa, którą trzymała w ręce, niebezpiecznie przechyliła się w moją stronę.

- Ja się tu duszę! – ledwo wyszeptałam, słysząc, jak zbiera się jej na płacz.

- Dlaczego mi to dajesz, Chloe, przecież ty nigdy nie rozstajesz się ze swoim szczęśliwym pączkiem! – już płakała, super.

Nie lubiłam łzawych chwil.

- Cynthia, tusz ci się rozmaże – to zawsze działało.

Tak się też stało tym razem. Cynthia odsunęła się ode mnie i zaczęła poprawiać sobie makijaż, delikatnie, uważając, by nie zatrzeć za dużo podkładu. Cała Cynthia. Tego też będzie mi brakować…

- Forever and always, Cynthia, pamiętaj – szepnęłam, gdy mnie przytuliła ponownie, ale w miarę lekko.

- Till world’s end – zawtórowała mi przyjaciółka.

I nic więcej nie trzeba było mówić.



--------------------
Wow, z każdym umieszczanym postem jest więcej odwiedzin...Szkoda tylko, że nie komentarzy :( Umieszczam następny rozdział tylko, jeśli będę trzy komentarze, to chyba nie jest wcale tak dużo, nie? :)
PS. Jestem strasznie zaciekawiona wynikiem sondy, gdyż na razie dopasowałam Cynthię do jakiegoś członka zespołu i jestem ciekawa, co wy wymyślicie :)

6 komentarzy:

  1. Booooże świeetny :* Zawsze kiedy loguje się pierwsze co to lukam tu .! Naprawdę, masz talent . Z niecierpliwością czekam na następny < 3 Pozdrawiam ;-*

    OdpowiedzUsuń
  2. Mega *.*
    Ciekawa jestem co będzie dalej ! Oby jej się z Harrym udało ^^
    Zgadzam się z powyższą czytelniczką ;)
    Czekam na następny ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajny . :D
    No daj,daj następny kochana .;*

    OdpowiedzUsuń
  4. Zajebisty . uwielbiam cię < 33

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochanie Ty moje .. WALNĄŁ CI KTOŚ KIEDYŚ.?! ^ ^
    Rozdział zajebisty .. Wzruszający .. Czarujący .. Delikatny i wgl. Poprostu zajebisty.! Po zazdrościć ; D .. Nawet przyznam , ze łza mi spłynęła po policzku ; )) .. Świetnie piszesz < 33 ..

    Pozdrawiam ; 33
    Crush On You ♥.

    OdpowiedzUsuń
  6. najsuperowszyekstrazajebiaszczyrozdziałnaświecie!

    OdpowiedzUsuń