30.09.2012

Rozdział 30: „Zabij mnie. Ale nie ją. Zostaw ją, proszę!”





Koniec, koniec wszystkiego. Kocham, czy kochałam? Istnieję, czy istniałam? Nie wiem, już nic nie wiem. Myśli stają się czarną kurtyną, która błaga o spalenie na popiół. Błaga o wyniesienie ją na światło. A w środku, w ciemnościach jestem (byłam?) ja. Mała, bezbronna, nie potrafiąca obronić siebie, a co dopiero tych, na których najbardziej mi zależy.

Kocham i będę kochać. To wszystko, kim był i co dla mnie zrobił. Te brązowe, urocze loki, te szmaragdowozielone oczy, błyszczące jaśniej od gwiazd na rozchmurzonym niebie. Jest (był?) moim niebem, takim najcudowniejszym, najczystszym…

Cudownie, niewinnie czystym, aż nieskazitelnym. Jak biel, jak szkło, jak diament. Jak wszystko, co wieczne i niezniszczalne. Jak jednorożec na niekończącej się tęczy rozkoszy, galopujący po puszystych chmurkach, unoszących się na najbardziej błękitnym niebie, jakie istnieje.

Kim jestem, by go tu trzymać?

Chcę krzyczeć. Chcę mu powiedzieć, jak bardzo go kocham. Ale nie mogę. Nie słyszy mnie, moje słowa odbijają się echem od ścian wewnątrz wagonu metra. A na zewnątrz stoi policja. I stoi także on. Ma łzy w oczach. Ma łzy w tych swoich szafirowozielonych oczach, mam ochotę zetrzeć je z jego policzków.

„Nie płacz maleńki, nie lękaj się, sza…”* kiedyś będziemy szczęśliwi, ty i ja.

Jeśli mnie najpierw nie zabiją, a ty nie odbierzesz sobie życia ze zgryzoty.

Ha, czy naprawdę jest ze mnie aż taka pesymistka?

Na razie żyjemy. Patrzymy na siebie, chociaż nasze twarze zastygają w niemym krzyku, w grymasie smutku, tęsknoty i bólu. To strasznie boli, wiesz? Oczywiście, że wiesz. Przecież jesteśmy w tym razem. Zawsze razem” though it all”.

Kocham cię, moje usta mówią.

Ja ciebie bardziej, odpowiadają twoje.

Uśmiecham się tak błogo, jakbym trafiła do raju, którym są twoje oczy. Czuję, że lecę, ale nie wiem, dokąd. Chcę ci powiedzieć, żebyś leciał ze mną, ale ty stoisz. Mimo wszystko… teraz mogę już umrzeć.

Jakby słysząc moje myśli, Steve wymierza we mnie pistoletem. Patrzę na lufę, nie czuję już strachu. Odleciał gdzieś daleko, gdzieś wysoko, unosząc moje ego w powietrze, wprost do ciała Harry’ego. Słyszę krzyk. Błaganie.

„Zabij mnie. Ale nie ją. Zostaw ją, proszę!”

Steve wyszczerza swoje zęby w dziwnym, nieobliczalnym uśmiechu. Nie mogłam uwierzyć, że kiedyś byłam z nim blisko, a teraz… chce mnie unicestwić. Nie wiem, czyj jest ten głos, bo jest przytłumiony i nie rozpoznaję go. Pewnie dlatego, że wszystkie moje zmysły są przytępione. Nie myślę, nie kontaktuję. Jak w transie, potykam się o własne nogi i opadam na kolana, patrząc się pusto przed siebie. Nie mam jak uciec. Gdy nagle… ktoś otwiera drzwi metra. Co jest?

Steve wypycha mnie przed siebie i padam w czyjeś ramiona. Ciepłe i znajome. Czuję zapach, który rozpoznałabym wszędzie. I zawsze. Ta aura, bijąca od niego jest olbrzymia, tak ogromna, że wraca mi świadomość. Powoli, ale jednak…

Harry?

Drżę, płaczę, wszystko na przemian i jednocześnie. On tam jest, coś szepcze, ale go nie rozumiem. Wszystko będzie dobrze… chyba.

Słyszę… śmiech. Śmiech szaleńca. Zamieram.

- Naprawdę myślałeś, że od tak ją puszczę?

Strzał. Głośny, przy moim uchu. Chwytam się za brzuch. Czy to ja jestem ranna, czy ktoś inny? Nic nie czuję… jakbym stała się lalką. Może nią jestem? Krew… wszędzie pełno krwi… mojej, czy nie mojej? Panikuję. Dostaję histerii. Ostatni raz oczy moje i Harry’ego spotykają się ze sobą.

- Nie! –słyszę tylko.

A potem ciemność otula mnie niczym mięciutkim kocem, formując kokon, z którego nie potrafię się wydostać…

***

Westchnąłem, siedząc na szpitalnym korytarzu, skubiąc rąbek białego bandaża na dłoni – bolało mnie jak cholera, ale lekarz powiedział, że to nic bardzo poważnego, żadne mięśnie nie zostały uszkodzone ani nic. Kula przestrzeliła mi rękę po tym, jak rzuciłem się na Steve’a gdy szykował się, wcelowując pistolet w Chloe, dokładnie w jej serce. To mnie rozwścieczyło. Co mu takiego zrobiła, że teraz musi płacić swoim życiem? Czy odtrącenie jest aż tak wielkim grzechem?  Ale w końcu Steve jest nieobliczalny i nigdy nie wiadomo, kiedy Chloe tak naprawdę mu podpadła. A ja znalazłem się również pod odstrzałem… bo po prostu kochałem ją nad życie i stałem pomiędzy nią, a Stevem.

Jęknąłem, gdy przypadkiem dotknąłem brzegu rany. Nieważne, że przez bandaż – bolał prawie tak, jakbym dotykał tego żywego mięsa. Mimo otępiających środków przeciwbólowych czułem każde otarcie się rany o materiał.

Obok mnie siedział Louis, szepcząc coś do Liama, który obejmował zdenerwowaną Danielle. Cała nasza One Direction Family pojawiła się w szpitalu. Mimo, że zmieniłem tory kuli, ona tak przebiła bok Chloe. I czułem się cholernie za to odpowiedzialny. Mimo, że Daddy mówił, że gdyby nie ja, Chloe już dawno by nie żyła. Teraz martwiłem się, czy przeżyje operację. Pesymistyczne myśli wykańczały mnie od środka.

Podniosłem głowę, gdy poczułem na swoim ramieniu rękę Zayna. On także miał całe czerwone oczy od płaczu. Chyba wszyscy wyczerpali swój zapas łez na ten dzień. Jedynak Malik miał najgorzej – lawirował między piętrami, między łóżkami Chloe i Naomi, która powoli wracała do zdrowia. A tu taka niespodzianka.

Ale wróćmy do tego, co stało się po tym, jak pistolet Steve’a wystrzelił.

Po tym, jak w desperackim geście rzuciłem się na Steve’a i oberwałem w rękę, a Chloe w bok, policjanci od razu wkroczyli do akcji, próbując obezwładnić szaleńca. Udało im się cudem wyrwać mu pistolet, który z hukiem uderzył o betonową podłogę. Upadłem na kolana, patrząc, jak zakuwają go w kajdanki. To, co się wtedy działo, nadal wydawało się tylko złym snem. Najczarniejszym z koszmarów. W końcu przypomniałem sobie o Chloe. Gdy obejrzałem się, zobaczyłem, że przygląda się swojej ręce, umazanej od krwi. Pewnie nadal była w szoku, ale ja nie mniej przestraszyłem się, widząc tą krew. Nie miałem pojęcia, czy dotknąłem jej przypadkiem zranioną ręką, czy może… Steve wreszcie dokonał zemsty.

To było straszne. Lekko nią potrząsnąłem, a ona spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem, a kąciki ust drżały jej niezauważalnie. Chyba powoli docierało do niej, co właśnie się stało. Mówiłem do niej, ale ona tępo wpatrywała się wprost w moje oczy. A następnie zemdlała. Tak po prostu osunęła się w moje ramiona.

Przełknąłem ślinę, gdy zauważyłem ciemnoczerwone plamy krwi na podłodze. Zaczęło zbierać mi się na wymioty.

- Lekarza! – zacząłem krzyczeć, gdy w końcu głos, który przedtem ugrzązł mi z gardle, wydostał się na wolność – Ona jest ranna! Pomocy! – dotarło do mnie, że mogę ją bezpowrotnie stracić.

- Nic panu nie jest? – zapytał jedne z policjantów, kucając przy nas.

- Nie, wszystko dobrze, ale proszę, zabierzcie ją do szpitala, szybko! – najchętniej potrząsnąłbym funkcjonariuszem, ale jedyne, co zrobiłem, to wyciągnąłem w jego stronę zakrwawioną rękę.

- Postrzelono pana – zauważył, ze zmarszczonymi brwiami przyglądając się ranie – Karetka czeka na zewnątrz. Zaraz będą pielęgniarze.

Rzeczywiści, panowie w białych spodniach i bluzkach z zawziętością zaczęli wyrywać Chloe z moich ramion. Nie chciałem się z nią rozstawać, ale jeden z nich wytłumaczył mi, że to jedyny sposób, by szybko ją przetransportować do szpitala. Więc ustąpiłem i jak dziecko pozwoliłem się zaprowadzić do drugiej z karetek, trzymając się za rękę, którą ktoś zawinął w prowizoryczny opatrunek…

Zanurzyłem twarz w dłonie, gdy przypomniała mi się chwila, gdy dzwoniłem do chłopaków. Praktycznie od razy pojawili się w szpitalu, zasypując mnie niezliczoną ilością pytań. Po dwudziestu minutach w drzwiach szpitala stanęły także Dani, El i Cynthia, z zaczerwienionymi oczami, trochę rozczochranymi włosami i paczkami chusteczek. Wszystkie wyściskały mnie, nic nie mówiąc. Wiedziały, że przeżywam prawdziwą katorgę. Płakałem na tym korytarzu jak małe dziecko.

Naprawdę ją kochałem. Dlaczego ktoś chciał mi ją odebrać?

Tak bardzo chciałem, by ze mną zamieszkała, już nawet kupiłem nam apartament, czekałem tylko na dobry moment, by o tym porozmawiać… na razie liczyło się tylko to, że Chloe jeszcze żyje. I najpierw musi wyzdrowieć. A do tego prawdopodobne jest, że nie wyleczy się tak szybko z tego traumatycznego przeżycia. Swoją drogą, ja pewnie też nie. Gdy tylko spojrzałem Steve’owi w oczy… wiedziałem, że mam do czynienia z szaleńcem. Dlaczego nie rozpoznałem tego podczas naszego pierwszego spotkania w stadninie. Mogłem go wtedy powstrzymać, mogłem zacząć przeczuwać… no właśnie, co? Nie byłem w stanie cofnąć czasu i dobrze o tym wiedziałem.

- Wszystko w porządku, stary? – Zayn pochylił się jeszcze bardziej, nade mną, a ja pokiwałem twierdząco głową, patrząc na drzwi, którymi wprowadzono Chloe na salę operacyjną. – Na pewno? Może odwieść cię do domu?

- Nie! – zaprotestowałem od razu, prawie unosząc się z siedzenia.

- Spokojnie, Haz – Lou poklepał mnie po plecach w uspokajającym geście – Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Chloe wyjdzie z tego.

- A jeśli nie? – patrzyłem na niego, ale on nadal uparcie wpatrywał się w  wykładaną linoleum podłogę.

Bałem się jego odpowiedzi.

- Nie wiem – wyszeptał w końcu – nie mam zielonego pojęcia.

I wszyscy zaczęliśmy się zastanawiać, jakie stałoby się nasze życie bez Chloe.





-----------------------------------------------------------------------



Więc... na początku chcę powiedzieć, że stanęliście na wysokości zadania. Nie spodziewałam się tylu komentarzy pod poprzednią notką. To oznacza, że rzeczywiście wam zależy... i że będę kontynuować to opowiadanie. Także w drugiej części.

Dziękuję, że jesteście. Może to zabrzmi strasznie oklepanie, ale naprawdę, gdybym mogła, uściskałabym was każdego z osobna i powiedziała, jak bardzo jesteście dla mnie ważni. Dzięki wam się  nie poddaję i nadal piszę.

Tak więc... jest nowy rozdział. Powiedzmy,że to przedostatni rozdział tej części, bo wczoraj, jak dostałam od was kopa, wyszło na to, że napisałam jeszcze epilog  i prolog do drugiej części XD I ma pytanie... ktoś byłby chętny do czytania mojego Larry'ego na moim tumblrze? Zaczęłabym publikować za jakiś miesiąc, jako  że mam na razie 4 rozdziały.

A i zapraszam na mojego bromance'owego bloga, który prowadzę z @LittleLexiex3 ! TUTAJ

I na koniec, zwyczajowo gify z Hazzą (dałam 3 bo was kocham! <3 )






Hazza czasami mnie rozwala... jest słodki nawet jak siedzi na kibelku... lol, dziwna ja XD Nie czytajcie tegooo! XD

28.09.2012

Kociaczki! WAŻNE

Witam was.

Chcę was cholernie przeprosić, że nie potrafię zabrać się za napisanie 30 rozdziału. Piszę go i piszę, ale nigdy nie jest  zadowalający. Zawodzę was, wiem. Przepraszam. Tak bardzo was przepraszam, czuję się podle, że obiecałam go szybko, a nie potrafię go nawet dodać.

I teraz... obiecuję. Na 8326829177774237423% że usiądę dziś na dupsku i go dokończę. Ale mam też dla was zadanie. Potrzebuję inspiracji, by kontynuować historię Harry'ego i Chloe. Więc jeśli nie jest wam obojętny ich los, pod tym postem umieśćcie jakieś piosenki, które kochacie ponad wszystko, których możliwe, że nikt nie zna, które są głębokie i prawdziwe. Potrzebuję tego typu muzyki, by dalej tu pisać. Bo ja na razie moja wena powoli się wyczerpuje, mimo, że mam tyle pomysłów... jakoś nie potrafię ubrać ich w słowa. To trudne. Bo nadal chcę tu być i dla was pisać.

Pokażcie, że wam zależy, proszę i spełnijcie moją prośbę.


LOVE YA ALL XX

07.09.2012

Rozdział 29: "Trzeba chronić Chloe"




Mówi się, że każda historia powinna mieć swoje szczęśliwe zakończenie. Cóż… widocznie nie każda. Czasami myślimy, że wszystko układa się po naszej myśli, a tak naprawdę los bawi się z nami w kotka i myszkę, czekając tylko, aż przestaniemy uważać na to, co robimy i mówimy. Tak trudno jest się zapomnieć, ale jeśli już to się zdarzy, nie ma odwrotu. Za nami pozostaje tylko czarna dziura, której nawet nie można dotknąć. Widzimy wszechogarniającą i kruczoczarną nicość, która pali nas w oczy, nie pozwalając myśleć. Ale przed nami nadal istnieje przyszłość…  tylko czy bezpieczna? Czy ta przyszłość nie jest tylko naszym własnym wymysłem, który budujemy, by otoczyć się złudnym murem kłamstw i idealnego życia? Jaką mamy pewność, że to, co rzeczywiście widzimy, jest prawdą? A może…

… wcale nie jest?

Niemożność przewidywania przeszłości nałożyła na nas brzemię strachu i niepewności. Każdy kiedyś się bał. Każdy był kiedyś niepewny - niepewny swego, niepewny jutra.

Gdy o godzinie piątej po południu wyszłam z domu Harry’ego z wielkim uśmiechem na twarzy, nie zauważyłam nic niepokojącego w pobliżu – mimo jego usilnych próśb, postanowiłam wybrać się metrem do domu. Nie było w tym nic nienormalnego. Przecież codziennie, tysiące ludzi podróżuje metrem, z jednego końca miasta na drugi.

Obejrzałam się za siebie, gdy nagle gdzieś przy ścianie zamajaczył dziwny cień. Zamrugałam szybko oczami. To musiało być przewidzenie. Byłam zbyt przemęczona. Źle spałam ostatnimi czasy.

Zamglony obraz dziwnego cienia sunął za mną jak mara senna, nie pozwalając mi zapomnieć o niej ani na moment. Co chwilę mrużyłam oczy, próbując przekonać siebie, że to tylko halucynacje. Z drugiej strony… czy rzeczywiście coś ze mną zaczynało być… nie tak? Miałam wrażenie, że istnieje coś znajomego w oczach cienia, chociaż teoretycznie cienie nie posiadały tęczówek. Szalałam… czy to na pewno byłam ja?

Szybkim biegiem udałam się na peron metra – ostatnie tego dnia miał odjechać za kilka minut. Cieszyłam się, że nie jestem sama, tam, głęboko pod ziemią. Nawet, jeśli byli to zupełnie obcy ludzie… wydal się być strasznie mili i znajomi. Noc tworzyła takie historie, przy których wszyscy stawali się braćmi i siostrami. A ja nie czułam się już taka samotna w tym wielkim, pustym mieście. Odetchnęłam z ulgą, gdy pociąg nadjechał, wydając świszczący odgłos, gdy maszynista nacisnął hamulce. Wsiadłam do jednego z ostatnich wagonów, nie przeczuwając niczego.

Nie zdążyłam napisać niczego… pozostawały po mnie tylko sms’y i tysiące pustych wspomnieć, które i tak miały całkowicie wyblaknąć z czasem. Nie myślałam o tym, że już ich nie zobaczę. Że nie zobaczę ani moich przyszywanych braci, ani Cynthii, ani tym bardziej, mojego anioła stróża. Wszystko to, co było z nim związane trzymało mnie przy życiu, gdy nagle metro stanęło, spowite egipskimi ciemnościami, a coś za mną zachrzęściło.

Obróciłam gwałtownie głowę w stronę hałasu, patrząc, jak w ostatnim wagonie ktoś zapala latarkę. Już chciałam uśmierzyć ból i zdenerwowanie, które zbierało się w piersi, gdy nagle, serce, wygrywające szaleńczy rym zmarło na kilka sekund, jakby to miało uchronić je przed rozpadnięciem.

Sylwetka zamajaczyła w jasnym, stłumionym świetle latarki, a ja musiałam mocno wytężyć wzrok, by chociaż minimalnie dostrzec zarysy postaci. Nie byłoby w niej nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jedną rękę miała zastanawiająco zdeformowaną. Gdy przyjrzałam się bliżej, dotarło do mnie, jaki przedmiot trzyma w ręku.

Pistolet.

Do tego wycelowany dokładnie w moją stronę.

- Chloe, kochanie, wiem, że tu jesteś, ty wredna suko! – rozległ się donośny śmiech, jakby ktoś przejechał ostrym końcem kredy po tablicy, powodując zgrzyt na zielonej powierzchni. – Pokaż się, a nic ci się nie stanie. A w szczególności, nie ucierpią na tym inni. No, chodź do mnie moja mała altruistko i masochistko! Chodź do mnie.

Szybko napisałam wiadomość, która głosiła: „METRO. JEDEN PRZYSTANEK OD DOMU 1D. POMOCY.” i wysłałam ją do wszystkich chłopaków oraz Cynthii i taty. Mogłam się już tylko modlić.

- Dalej, Chloe, nie daj mi na siebie czekać.. – im bliżej znajdowało się źródło głosu, bym bardziej rozpoznawałam jego właściciela.

Zadrżałam, próbując uciekać bliżej kierowcy, na nogach przypominających watę, co wcale nie było takie proste. W głowie huczało mi tylko jedno imię.

STEVE.


***


Poruszyłem się niespokojnie, gdy komórka zawibrowała mi w kieszeni spodni. Musiałem nieźle się nagimnastykować, by ją wyjąć, ale gdy tylko zobaczyłem, od kogo jest, od razu się uśmiechnąłem. Otworzyłem ją, oczekując jakiś czułych słówek albo czegoś podobnego – często mieliśmy w zwyczaju, nawet, gdy nie widzieliśmy się strasznie krótko, wysyłać sobie, jak „bardzo tęsknimy i nie możemy odczekać się następnego spotkania”. Na początku moje usta wygięły się w uśmiechu, który zastygł na mojej twarzy, jak wosk. Zamarłem, gdy zobaczyłem treść sms’a, która zamroziła mi krew w żyłach.

METRO. JEDEN PRZYSTANEK OD DOMU 1D. POMOCY”

Przełknąłem ślinę ze zdenerwowania, wstając gwałtownie z kanapy, gdy nagle usłyszałem poddenerwowany głos Liama, który schodził z piętra, na parter, w dość szybkim, jak na niego tempie:

- Chłopacy, czy wy też dostaliście dziwnego sms’a od Chloe?

Zaschło mi w gardle. Więc nie byłem jedyny? O co tu chodziło? Zacząłem wydeptywać kółko w dywanie, marszcząc brwi i trąc uspokajająco skronie. Myśli płynęły w szaleńczym i nieprzerwanym strumieniu; wątpiłem, czy jest coś w stanie je zatrzymać, wydawały się być jasnym, nieprzeniknionym gąszczem macek, gotowym zaatakować każdego, kto stanie na ich drodze. Przypominały zabójcze kobry, które wystrzeliwały jadem w każdego, kto tylko zakłócił ich spokój. Oddech urywał mi się, gdy do pomieszczenia, z całego domu zebrali się chłopacy, patrząc na mnie wyczekująco.

Nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Czy powinienem coś mówić? Czułem, że coś jest nie tak, od kiedy tylko Chloe przekroczyła próg naszego domu, ale nie chciała nawet słyszeć o tym, by została u mnie na noc. Może podświadomie chciałem ją przed czyś uchronić?

Nie był to jednak czas na gdybanie lub domysły. Jeśli Chloe potrzebowała pomocy i była w niebezpieczeństwie, trzeba było działać. Natychmiast. Każdy wie, do czego zdolny jest człowiek zakochany. Nie myślałem do końca racjonalnie, bo każdorazowy głos rozsądku przysłaniała i jedna, znacząca myśl: „Trzeba chronić Chloe”.

Nawet, jeśli cena, jaką miałem zapłacić, miało być moje własne życie.

O to przecież chodzi, nieprawdaż? Życie, za życie. Moje, za jej. Taka sama równowartość. Ach, za dużo FMA, za dużo…

- Nie wiem, jak wy chłopaki – odezwałem się w końcu, a ku mojemu zadowoleniu, głos mi nie drżał, tylko był stanowczy i pełen determinacji – ale ja nie mam zamiaru tu siedzieć i zignorować tego sms’a. Ogłaszam kod czerwony.

Podczas, gdy ubierałem płaszcz, Liam wahał się czy zadzwonić na policję. Zayn stał oparty o ścianę z skrzyżowanymi rękami na wysokości klatki piersiowej, Niall niepewnie przystępował z nogi na nogę, a Louis patrzył nerwowo na Liama, który trzymał komórkę w dłoni z taką miną, jakby zamiast niej chwytał śmiertelnie jadowitego węża.

- Zrób, co będzie konieczne. Czekajcie na mój sygnał – powiedziałem, opuszczając mieszkanie, trzaskając mocno drzwiami.

Czy wiedziałem, że są znikome szanse, bym wrócił do niego żywy?


----------------------------------------------------
Obiecałam, prawda? A ja zawsze dotrzymuje słowa. Oto nowy rozdział, który jest jednym z końcowych. Potem pewnie zrobię sobie przerwę, by napisać kilka rozdziałów na zapas... i zobaczymy jak to się potoczy. Od razu chciałam podziękować wszystkim moim czytelnikom, którzy nigdy nie tracili wiary we mnie, a do tego czytali i komentowali każde moje (nawet najmarniejsze) wypociny. Kocham was. Bez was, nie istniałabym tutaj.

Jak wiecie, zaczęłam współpracować z Lexie mamy razem blog który jest poświęcony Narry'emu i Zathanowi. Byłoby miło, gdybyście wpadły i chociaż zaznaczyły "reakcje".

Hm, chyba tyle. Następny rozdział zaczęłam już pisać i jeśli dobrze pójdzie, to dodam go w następny piątek (ale nic nie obiecuję) z maksymalnie 4 dniowym opóźnieniem.


To chyba wszystko. Love ya! (na koniec, zwyczajowo, SEXI Hazza)


04.09.2012

BROMANCE'OWY BLOG I KILKA SŁÓW ODE MNIE!

HEJKA MOJE KOCHANE DIRECTIONERS! PRZEPRASZAM, ŻE PISZĘ CAPSLOCKIEM, ALE TAK MI WYGODNIE I BĘDĘ WIEDZIAŁA, ŻE WSZYSTKO DO WAS TRAFIA. WIĘC, Z GÓRY PRZEPRASZAM, ZA BRAK ROZDZIAŁU 29, ALE MOŻECIE BYĆ PEWNE (OBIECUJĘ NA LOKI HAZZY, NA NERKI LIAMA, NA SZELKI LOU, NA ŻEL DO WŁOSÓW ZAYNA I JEDZIENIE NIALLA) ŻE DODAM TEN ROZDZIAŁ W WEEKEND, BO MAM GO PRAKTYCZNIE NAPISANEGO. JEST NADZIEJA, POWIADAM WAM.

ZACZĘŁAM TERAZ OSTATNIĄ KLASĘ LICEUM, A CO ZA TYM IDZIE - MOŻE BYĆ OPÓŹNIENIE W DODAWANIU NOTEK. WIEM, ŻE I TAK JEST, ALE WIECIE, MATURA PRZEDE WSZYSTKIM. CO NIE ZNACZY, ŻE O WAS ZAPOMNĘ, O NIE! KOCHAM WAS PONAD WSZYSTKO I JEŚLI MACIE DO MNIE JAKIEŚ PYTANIA, ZAPRASZAM NA FORMSPRING, KTÓRY MAM RAZEM Z LEXIE (@LITTLELEXIEX3) PAMIĘTAJCIE, BY SPRECYZOWAĆ, DO KOGO JEST PYTANIE, DODAJĄC IMIĘ (EMMA LUB LEXIE) PYTAĆ MOŻECIE TU MAM NADZIEJĘ, ŻE BĘDZIECIE TO ROBIĆ, BO Z CHĘCIĄ ODPOWIEM NA PYTANIA, NAWET TYPU "ASK CHARACTERS" (DODAJCIE TYLO AC PO IMIENIU AUTORKI) BO STRASZNIE MNIE TO JARA.

OD RAZU MÓWIĘ, ŻE MAM NOWEGO BLOGA Z WYŻEJ WYMIENIONĄ LEXIE, KTÓRA JEST MI NAJBLIŻSZA Z DIRECTIONEREK. STWIERDZIŁYŚMY, ŻE NASZA WSPÓŁPRACA MOŻE BYĆ CIEKAWA DLATEGO ZAŁOŻYŁYŚMY BLOGA. BYŁABYM WDZIĘCZNA ZA KOMENTARZE ITP. DZIĘKUJĘ, KOCHANE! DO NASTĘPNEGO ROZDZIAŁU NIEBAWEM! <3

KISSES AND HUGS XX